piątek, 18 czerwca 2010

game 7 Lakers: back-to-back NBA champions

Lakers 83-79 (4:3)

Bohaterowie meczu: Bryant & Gasol
Po trzech kwartach liderzy gospodarzy mieli łącznie 23 punkty zdobyte z fatalną skutecznością 27%. Jedynym pozytywnym elementem w ich grze były zbiórki. Przez trzy pierwsze kwarty zebrali razem 23 piłki, ale przy fatalnej dyspozycji w ataku wydawało się, że nawet imponujący dorobek zbiórek im nie pomoże. Zanim rozpoczęła się czwarta kwarta można było powiedzieć, że gwiazdorzy Lakers w tym decydującym spotkaniu grają słabo, a na pewno nie tak, żeby zapewnić swojej drużynie zwycięstwo. Jednak w czwartej kwarcie obaj pokazali swoje 'serce mistrza', poprowadzili Lakers i dali im drugi z rzędu tytuł. Gasol w ostatniej kwarcie zdobył 9 punktów trafiając 2 z 3 rzutów z gry i 5 z 9 wolnych, zebrał także 6 piłek. Przez całą kwartę grał bardzo dobrze, a kropkę nad i postawił na niecałe 2 minuty przed końcem. Najpierw zablokował wchodzącego pod kosz Pierce'a, a chwilę później zdobył punkty spod kosza, powiększając przewagę Lakers do 6 punktów. Bryant natomiast chwilę po wejściu na parkiet w czwartej kwarcie, spudłował rzut z półdystansu i stracił piłkę na rzecz Allena. Przełomowe było dopiero sprytne wymuszenie faulu Allena przy rzucie za trzy. Kobe trafił trzy wolne i zmniejszył stratę do jednego punktu. Później, kiedy w połowie kwarty był remis, Bryant wyprowadził swoją drużynę na prowadzenie. Zdobył 4 kolejne punkty, co przełożyło się na 4 punkty przewagi, trafił 2 wolne i swój jedyny w tej części meczu rzut z gry. W całej kwarcie miał 10 punktów, z czego 8 (na 9) z linii rzutów wolnych, a z gry spudłował 3 z 4 prób. Ostatecznie Bryant zanotował 23 punkty i 15 zbiórek, a Gasol 19 punktów, 18 zbiórek, 4 asysty i 2 bloki. Są to świetne statystyki, jeśli nie patrzy się na ich skuteczność (odpowiednio 25% i 37.5%). Ale prawda jest taka, że oni wygrali ten mecz dla Lakers, dlatego niska skuteczność nie ma w tym momencie znaczenia. Liczy się tylko to, że mimo problemów, byli w stanie dać swojej drużynie tytuł. Dlatego mimo że przez trzy kwarty nic na to nie wskazywało – obaj rozegrali wielki mecz.

Decydujące elementy:
czwarta kwarta – Lakers rozpoczynali ostatnią część spotkania ze stratą 4 punktów. Biorąc pod uwagę to, co wydarzyło się we wcześniejszych sześciu meczach, nie była to dobra sytuacja dla gospodarzy. Wcześniej przegrali wszystkie spotkania, w których po trzech kwartach nie mieli kilku punktów przewagi. Ale to był siódmy mecz finałów, decydujące starcie w walce o tytuł, dlatego Lakers nie mogli sobie pozwolić na porażkę. Rozegrali naprawdę mistrzowskie 12 minut i wygrali. Pokazali, że to oni są najlepszą drużyną obecnego sezonu. W czwartej kwarcie mogli liczyć na liderów, a liderzy dostali wsparcie. Najważniejsi zawodnicy zrobili w tej kwarcie, co do nich należało i zapewnili Lakers tytuł. Tak jak przez cały mecz, także w czwartej kwarcie mieli duże problemy z trafieniem do kosza, ale żeby wygrać musieli zdobywać punkty. Dlatego skutecznie wymuszali faule Celtics i powiększali swój dorobek z rzutów wolnych. W rezultacie, ponad połowę punktów w tej kwarcie zdobyli z linii – 16. Natomiast poza Gasolem i Bryantem, kluczową rolę w tym najważniejszym momencie sezonu odegrali Fisher i Artest. Fisher zdobył wtedy tylko 3 punkty, ale jego trójka była bardzo ważna, ponieważ doprowadziła do remisu na nieco ponad 6 minut przed końcem. Kluczowa akcja w wykonaniu Artesta to rzut za trzy dokładnie na minutę przed zakończeniem meczu. Było to tuż po tym, jak Wallace fantastyczną trójką zmniejszył straty. Artest sprawił, że Celtics znowu mieli 6 punktów mniej niż Lakers. Na koniec, kiedy pozostało tylko 11 sekund, Vujacic wytrzymał presję, ręka mu nie zadrżała, trafił dwa wolne i było po meczu.
zbiórki – Lakers od pierwszych minut dominowali na tablicach, ale bardzo długo nie dawało im to widocznego efektu. Mieli znacznie więcej zbiórek, ale to Celtics prowadzili. Jednak jak się później okazało, walka na tablicach ponownie okazała się kluczowa i ponownie drużyna mająca więcej zbiórek wygrała spotkanie. Ostatecznie gospodarze zebrali 53 piłki z czego aż 23 na atakowanej tablicy. Goście mieli w sumie 13 zbiórek mniej, a w ataku zaliczyli ledwie 8. Dzięki temu Lakers mogli ponawiać akcje, a to było im niezbędne, bo trafiali nadzwyczaj rzadko. W sumie spudłowali aż 56 rzutów z gry, o 14 więcej niż Celtics, ale równocześnie zebrali 15 piłek w ataku więcej niż ich rywale. To pomogło im w zdobyciu 17 punktów drugiej szansy (goście mieli o 10 mniej). Warto zauważyć, że Gasol spudłował 10 rzutów, ale miał aż 9 zbiórek w ataku, tak więc teoretycznie zebrał piłkę właściwie po wszystkich swoich pudłach – imponujące osiągniecie przy tak dużych problemach z celnością.

rzuty wolne – po trzech kwartach Celtics mieli 10 punktów zdobytych z linii rzutów wolnych i potrzebowali do tego tylko 11 prób. Lakers oddali 5 rzutów wolnych więcej, ale trafili tylko 9. W czwartej kwarcie zawodnicy gospodarzy poprawili swoją skuteczność na linii i co najważniejsze, bardzo często na niej stawali. Lakers trafili wtedy 16 z 21 wolnych (z czego Bryant i Gasol 13/18), Celtics 5 z 6. Różnica 11 punktów zdobytych z linii to ogromna przewaga w sytuacji ,gdy mecz jest tak wyrównany, a obie drużyny mają tak ogromne problemy z trafieniem z gry. To rzuty wolne przesądziły o tym decydującym zwycięstwie Lakers.

obrona – nawet nie trzeba było oglądać tego meczu, żeby wiedzieć jak bardzo zdominowany był on przez defensywę. Łącznie 162 punkty i skuteczność na poziomie 36% - to mówi wszystko. Przez trzy kwarty tą rywalizację w obronie minimalnie wygrywali Celtics, przede wszystkim zatrzymując dwójkę liderów Lakers. Ale w czwartej kwarcie to gospodarze mieli lepszą defensywę. Sami zdobyli 30 punktów, natomiast rywali zatrzymali na 22, przede wszystkim broniąc czysto i bez fauli.
Lakers pierwszy raz w historii wygrali mecz numer 7 finałów w starciu z Celtics. Po raz kolejny potwierdziło się, że Jackson nie przegrywa serii, którą jego drużyna rozpoczęła od zwycięstwa. Lakers pokazali swoją wielkość i drugi rok z rzędu są mistrzami NBA.

Właściwie nic więcej nie trzeba byłoby dodawać, ale warto wyróżnić jeszcze trzech zawodników drużyny mistrzów.

Artest nie tylko zdobył 6 bardzo ważnych punktów w czwartej kwarcie, ale w całym spotkaniu odgrywał ważną rolę w ataku, miał 20 punktów i był drugim strzelcem Lakers. Świetnie zagrał w drugiej kwarcie, kiedy zdobył 12 punktów trafiając 4 z 7 rzutów z gry. Poza tym, ponownie bardzo dobrze grał w obronie, zmuszając Pierce'a do ciężkiej pracy. Zanotował aż 5 przechwytów. W tych finałach Artest miał już kilka momentów, w których popełniał błędy i nie grał na miarę oczekiwań. Ale w tym decydującym meczu udowodnił, że zatrudnienie go było dobrą decyzją.

Dla Fishera jest to już piąty tytuł i po raz kolejny potwierdził swoją wartość. W tym meczu trafił oba swoje rzuty za trzy, w tym ten bardzo ważny w czwartej kwarcie. Tyle samo rzutów za trzy trafili pozostali zawodnicy gospodarzy razem wzięci, ale potrzebowali do tego aż 18 prób. Fisher ostatecznie miał 10 punktów i tylko jedną asystę, nie są to imponujące statystyki, ale niezaprzeczalnie miał swój istotny udział w sukcesie Lakers.

Również Odom odegrał znaczącą rolę we wczorajszym meczu. Zdobył 7 punktów i zebrał 7 piłek, z czego 6 punktów i 5 zbiórek zaliczył w trzeciej kwarcie. Do tego, kiedy był na parkiecie Lakers byli 13 punktów na plusie. To nie była dla niego udana seria, ale wczoraj był przydatny i gdy w drugiej połowie Bynum już prawie wcale nie grał, Odom pomógł Lakers dominować w polu trzech sekund.

To było bardzo wyrównane spotkanie, pojedynek dwóch równorzędnych drużyn. Ostatecznie Lakers okazali się tylko minimalnie lepsi, ale w pełni zasłużyli na zwycięstwo, w czwartej kwarcie pokazali swoją wyższość.

1 komentarz:

  1. Bohater meczu był tylko jeden - Ron Artest.....

    OdpowiedzUsuń