wtorek, 14 września 2010

Airball spod kosza: Mistrzostwa bez emocji i Durant Team

Mistrzostwa Świata 2010 mamy za sobą i muszę przyznać, że nie było to dla mnie wielkie święto koszykówki. Nawet dla mnie, dla kibica koszykówki, nie była to impreza, którą można by porównać do Mistrzostwa Świata dla fana piłki. Dlatego nie dziwię się, że nie wzbudziły one zainteresowania szerokiej publiczności w Polsce, że nawet finał i mecz o trzecie miejsce nie były pokazywane na przykład w Dwójce, a tylko w TVP Sport. Oczywiście chciałbym, żeby tak ważne wydarzenie jak Mistrzostwa Świata były transmitowane w ogólnopolskiej telewizji, ale rozumiem, dlaczego nie były. Niestety, MŚ w koszykówce w dużej mierze były pozbawione emocji. I to wcale nie dlatego, że głównymi faworytami byli Amerykanie i właściwie od początku było wiadomo, kto sięgnie po złoto. USA to USA, oni mieli dominować i to zrobili. Tak miało być i mecze, w których zawodnicy z NBA pokazują swoją klasę i niszczą rywali, można oglądać z przyjemnością. Ale niestety na Mistrzostwach nie tylko Amerykanie pewnie wygrywali swoje spotkania. Poziom drużyn występujących w Turcji był bardzo zróżnicowany, przez co większość meczów była jednostronnym widowiskiem.

W fazie grupowej, z 60 meczów aż 35 zakończyło się przynajmniej 10-punktową różnicą, z czego w 18 przypadkach zwycięzcy mieli co najmniej 20 punktów więcej. Były takie spotkania jak Serbia-Angola, +50 dla tych pierwszych, czy Turcja-Chiny, +47 dla gospodarzy. W takich sytuacjach naprawdę nie było co oglądać. Ale to była faza grupowa, tu jeszcze duża różnica poziomów była zrozumiała. Jednak do 1/8 awansowała taka drużyna jak chociażby Angola, którą USA pokonali aż 55 punktami. Żadnych emocji nie było też w meczach, w których wygrywała Słowenia (+29), Rosja (+22) i Turcja (+18). Z 8 spotkań, 4 można było przestać oglądać po pierwszej połowie. Oczywiście zdarzyła się także prawdziwa perełka, jak starcie Argentyna-Brazylia. Dla takich meczów warto było śledzić te Mistrzostwa. W ćwierćfinałach, kiedy zostało już tylko 8 najlepszych drużyny, nadal wyrównane mecze, które decydują się w ostatnich sekundach, były towarem deficytowym. Poza świetnym spotkaniem pomiędzy Serbią i Hiszpanią, pozostałe 3 nie wzbudziły emocji. Turcja pokonała Słowenię 27 punktami, USA spokojnie poradzili sobie z Rosją, a pojedynek Litwa-Argentyna, który miał być ucztą dla kibiców, okazał się jednostronnym popisem Litwinów. W półfinałach mieliśmy łatwe zwycięstwo USA i ciekawą walkę Turcji z Serbią do ostatnich sekund. Było nieźle i rosły apetyty na niedzielne spotkania. Niestety, w meczach kończących Mistrzostwa już nic wielkiego się nie wydarzyło. Finał nie był meczem, który zapamiętamy, tak jak chociażby finał Igrzysk Olimpijskich w Pekinie. Również w walce o brąz nie byliśmy świadkami wielkiego spotkania. Stąd rozumiem, dlaczego przeciętny kibic nie spędzał przez ostatnie 2 tygodnie całych popołudni i wieczorów przed telewizorem. W Turcji rozegrano w sumie 80 spotkań, z czego tylko 20 zakończyło się różnicą nie większą niż 5 punktów, podczas gdy 22 to mecze, w których zwycięzca miał co najmniej 20 punktów przewagi (w sumie 48 meczów zakończyło się różnicą przynajmniej 10pkt). Znacznie ciekawsze są playoffs w NBA. To jest prawdziwe i wspaniałe święto koszykówki, przynajmniej dla mnie.
Największymi gwiazdami na MŚ byli oczywiście Amerykanie. Do Turcji z trenerem Krzyzewskim nie pojechali zawodnicy tworzący Redeem Team w Pekinie, dlatego reprezentację USA nazwano B-Team. Biorąc pod uwagę siłę nazwisk, nie ma wątpliwości, że to była słabsza drużyna niż w 2008. Skład na MŚ to przede wszystkim młodzi zawodnicy, którzy dopiero budują swoją pozycję w lidze i jedynie Durant spośród nich, jest już uznaną gwiazdą pierwszej wielkości. W Pekinie było ich znacznie więcej – Kobe, LeBron, Wade, Anthony, Howard, Bosh... Dlatego zastanawiano się, czy B-Team jest odpowiednio silną drużyną, by wywalczyć złoto. Oni jednak pokazali, że wcale nie są jakąś gorszą drużyną. Stworzyli świetny zespół, pewnie wygrywali kolejne mecze i udowodnili, że są najlepsi na świecie. W Turcji nie mieli sobie równych. Z 8 rozegranych meczów, tylko w tym z Brazylią musieli walczyć do ostatnich sekund. W pozostałych, pokonywali przeciwników różnicą przynajmniej 10 punktów. Przede wszystkim w półfinale i w finale, kiedy zmierzyli się z teoretycznie swoimi najsilniejszymi przeciwnikami, pokazali klasę i spokojnie oba mecze wygrali, łącznie 32 punktami. Niekwestionowaną gwiazdą USA był oczywiście Durant, to on poprowadził tą drużynę do złota. W ostatnich trzech spotkaniach był nie do zatrzymania i zdobył łącznie 99 punktów. Dlatego tak naprawdę reprezentację USA 2010, zamiast B-Team, powinno się nazywać Durant Team. Bo to on był jej liderem i to przede wszystkim jego fantastyczna gra sprawiła, że po 16 latach Amerykanie ponownie są Mistrzami Świata.

Jednak niektórzy dziennikarze chyba za bardzo wzięli sobie do serca nazwę B-Team. Przekonałem się o tym wczoraj, oglądając Teleexpress. Na początek trzeba pochwalić ich, że w ogóle powiedzieli o MŚ i o tym, że USA zdobyli złoto. W naszym kraju ta informacja nie była niczym szczególnym, przecież znacznie ważniejsze jest to, że w Polonii zmienił się trener. Dlatego już za samo powiedzenie o MŚ (i to przed info o zwolnieniu Bakero) mają plusa. Ale najlepszy był komentarz do krótkiego materiału o meczu finałowym. Było o tym, jak Amerykanie łatwo poradzili sobie z Turcją i tu zacytuję - „aż strach pomyśleć, co by było gdyby w składzie znalazły się gwiazdy NBA„. No właśnie, aż strach pomyśleć... jaki jest poziom znajomości koszykówki w naszym kraju. Ale tą wpadkę chyba trzeba im wybaczyć, bo TVP1 staję się stacją promującą koszykówkę. Nie tylko powiedzieli o MŚ w Teleexpressie, ale jeszcze na dodatek, w „Celowniku” pojawił się nie kto inny, jak sam Marcin Gortat. Co prawda nie było o koszykówce, pan Orłoś rozmawiał z nim w sprawie kampanii przeciw dopalaczom, ale to nie ma znaczenia, był gwiazdor NBA (zabrakło takich w składzie USA). Niestety na Klan już nie doczekałem i nie wiem czy tam też nie pojawił się jakiś koszykarski motyw...

4 komentarze:

  1. Ryśku jest ponoć wielkim fanem koszykówki a i Lubicza można czasem spotkać na boisku (jak już zejdzie z kortu)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie ogladalem tego, ale z tego co cytowales mysle, ze moze chodzi o to, ze nie przyjechaly GWIAZDY nba (megagwiazdy nba) - kobe, lebron, wade etc. a przyjechali tylko dobrzy gracze z nba. Bo na dobra sprawe tak bylo, poza Durantem ciezko kogokolwiek nazwac prawdziwa gwiazda, byli Odom czy Billups, ale ciezko mowic, ze to gwiazdy (megagwiazdy).

    OdpowiedzUsuń
  3. Billups - mistrz NBA, MVP finałów 2004, 5 razy All-Star. Jak dla mnie to wielka gwiazda, tyle tylko, że ma już swoje lata.

    OdpowiedzUsuń
  4. Chodzi o gwiazdy "medialne" a do takich mr. Big Shoot się nie zalicza, Durant powoli wchodzi do tego grona, ale powoli... tym bardziej tu na europejskiej ziemi.

    OdpowiedzUsuń