Pokazywanie postów oznaczonych etykietą airball spod kosza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą airball spod kosza. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 września 2010

Airball spod kosza: Mistrzostwa bez emocji i Durant Team

Mistrzostwa Świata 2010 mamy za sobą i muszę przyznać, że nie było to dla mnie wielkie święto koszykówki. Nawet dla mnie, dla kibica koszykówki, nie była to impreza, którą można by porównać do Mistrzostwa Świata dla fana piłki. Dlatego nie dziwię się, że nie wzbudziły one zainteresowania szerokiej publiczności w Polsce, że nawet finał i mecz o trzecie miejsce nie były pokazywane na przykład w Dwójce, a tylko w TVP Sport. Oczywiście chciałbym, żeby tak ważne wydarzenie jak Mistrzostwa Świata były transmitowane w ogólnopolskiej telewizji, ale rozumiem, dlaczego nie były. Niestety, MŚ w koszykówce w dużej mierze były pozbawione emocji. I to wcale nie dlatego, że głównymi faworytami byli Amerykanie i właściwie od początku było wiadomo, kto sięgnie po złoto. USA to USA, oni mieli dominować i to zrobili. Tak miało być i mecze, w których zawodnicy z NBA pokazują swoją klasę i niszczą rywali, można oglądać z przyjemnością. Ale niestety na Mistrzostwach nie tylko Amerykanie pewnie wygrywali swoje spotkania. Poziom drużyn występujących w Turcji był bardzo zróżnicowany, przez co większość meczów była jednostronnym widowiskiem.

W fazie grupowej, z 60 meczów aż 35 zakończyło się przynajmniej 10-punktową różnicą, z czego w 18 przypadkach zwycięzcy mieli co najmniej 20 punktów więcej. Były takie spotkania jak Serbia-Angola, +50 dla tych pierwszych, czy Turcja-Chiny, +47 dla gospodarzy. W takich sytuacjach naprawdę nie było co oglądać. Ale to była faza grupowa, tu jeszcze duża różnica poziomów była zrozumiała. Jednak do 1/8 awansowała taka drużyna jak chociażby Angola, którą USA pokonali aż 55 punktami. Żadnych emocji nie było też w meczach, w których wygrywała Słowenia (+29), Rosja (+22) i Turcja (+18). Z 8 spotkań, 4 można było przestać oglądać po pierwszej połowie. Oczywiście zdarzyła się także prawdziwa perełka, jak starcie Argentyna-Brazylia. Dla takich meczów warto było śledzić te Mistrzostwa. W ćwierćfinałach, kiedy zostało już tylko 8 najlepszych drużyny, nadal wyrównane mecze, które decydują się w ostatnich sekundach, były towarem deficytowym. Poza świetnym spotkaniem pomiędzy Serbią i Hiszpanią, pozostałe 3 nie wzbudziły emocji. Turcja pokonała Słowenię 27 punktami, USA spokojnie poradzili sobie z Rosją, a pojedynek Litwa-Argentyna, który miał być ucztą dla kibiców, okazał się jednostronnym popisem Litwinów. W półfinałach mieliśmy łatwe zwycięstwo USA i ciekawą walkę Turcji z Serbią do ostatnich sekund. Było nieźle i rosły apetyty na niedzielne spotkania. Niestety, w meczach kończących Mistrzostwa już nic wielkiego się nie wydarzyło. Finał nie był meczem, który zapamiętamy, tak jak chociażby finał Igrzysk Olimpijskich w Pekinie. Również w walce o brąz nie byliśmy świadkami wielkiego spotkania. Stąd rozumiem, dlaczego przeciętny kibic nie spędzał przez ostatnie 2 tygodnie całych popołudni i wieczorów przed telewizorem. W Turcji rozegrano w sumie 80 spotkań, z czego tylko 20 zakończyło się różnicą nie większą niż 5 punktów, podczas gdy 22 to mecze, w których zwycięzca miał co najmniej 20 punktów przewagi (w sumie 48 meczów zakończyło się różnicą przynajmniej 10pkt). Znacznie ciekawsze są playoffs w NBA. To jest prawdziwe i wspaniałe święto koszykówki, przynajmniej dla mnie.
Największymi gwiazdami na MŚ byli oczywiście Amerykanie. Do Turcji z trenerem Krzyzewskim nie pojechali zawodnicy tworzący Redeem Team w Pekinie, dlatego reprezentację USA nazwano B-Team. Biorąc pod uwagę siłę nazwisk, nie ma wątpliwości, że to była słabsza drużyna niż w 2008. Skład na MŚ to przede wszystkim młodzi zawodnicy, którzy dopiero budują swoją pozycję w lidze i jedynie Durant spośród nich, jest już uznaną gwiazdą pierwszej wielkości. W Pekinie było ich znacznie więcej – Kobe, LeBron, Wade, Anthony, Howard, Bosh... Dlatego zastanawiano się, czy B-Team jest odpowiednio silną drużyną, by wywalczyć złoto. Oni jednak pokazali, że wcale nie są jakąś gorszą drużyną. Stworzyli świetny zespół, pewnie wygrywali kolejne mecze i udowodnili, że są najlepsi na świecie. W Turcji nie mieli sobie równych. Z 8 rozegranych meczów, tylko w tym z Brazylią musieli walczyć do ostatnich sekund. W pozostałych, pokonywali przeciwników różnicą przynajmniej 10 punktów. Przede wszystkim w półfinale i w finale, kiedy zmierzyli się z teoretycznie swoimi najsilniejszymi przeciwnikami, pokazali klasę i spokojnie oba mecze wygrali, łącznie 32 punktami. Niekwestionowaną gwiazdą USA był oczywiście Durant, to on poprowadził tą drużynę do złota. W ostatnich trzech spotkaniach był nie do zatrzymania i zdobył łącznie 99 punktów. Dlatego tak naprawdę reprezentację USA 2010, zamiast B-Team, powinno się nazywać Durant Team. Bo to on był jej liderem i to przede wszystkim jego fantastyczna gra sprawiła, że po 16 latach Amerykanie ponownie są Mistrzami Świata.

Jednak niektórzy dziennikarze chyba za bardzo wzięli sobie do serca nazwę B-Team. Przekonałem się o tym wczoraj, oglądając Teleexpress. Na początek trzeba pochwalić ich, że w ogóle powiedzieli o MŚ i o tym, że USA zdobyli złoto. W naszym kraju ta informacja nie była niczym szczególnym, przecież znacznie ważniejsze jest to, że w Polonii zmienił się trener. Dlatego już za samo powiedzenie o MŚ (i to przed info o zwolnieniu Bakero) mają plusa. Ale najlepszy był komentarz do krótkiego materiału o meczu finałowym. Było o tym, jak Amerykanie łatwo poradzili sobie z Turcją i tu zacytuję - „aż strach pomyśleć, co by było gdyby w składzie znalazły się gwiazdy NBA„. No właśnie, aż strach pomyśleć... jaki jest poziom znajomości koszykówki w naszym kraju. Ale tą wpadkę chyba trzeba im wybaczyć, bo TVP1 staję się stacją promującą koszykówkę. Nie tylko powiedzieli o MŚ w Teleexpressie, ale jeszcze na dodatek, w „Celowniku” pojawił się nie kto inny, jak sam Marcin Gortat. Co prawda nie było o koszykówce, pan Orłoś rozmawiał z nim w sprawie kampanii przeciw dopalaczom, ale to nie ma znaczenia, był gwiazdor NBA (zabrakło takich w składzie USA). Niestety na Klan już nie doczekałem i nie wiem czy tam też nie pojawił się jakiś koszykarski motyw...

piątek, 10 września 2010

Airball spod kosza: Ron przestał być czarną owcą NBA

Ron Artest jest jedną z najbarwniejszych postaci w NBA. Ale jeszcze niedawno, ta barwność odnosiła się wyłącznie do jego wybryków, bójek, kłótni i dziwnych pomysłów. Nie był pozytywną postacią ligi, wręcz przeciwnie. Jego dotychczasowy wizerunek ukształtowała przede wszystkim słynna bójka w The Place. To właśnie faul Artesta spowodował ostrą reakcję Big Bena, przez co wszystko się zaczęło. Później Ron wbiegł na trybuny i zaatakował jednego z kibiców. Ostatecznie dostał najdotkliwszą karę spośród wszystkich uczestników tej bójki – zawieszenie do końca sezonu, na 73 mecze. A warto przypomnieć, że na samym początku tego straconego dla niego sezonu, Artest zamiast na grze, bardziej koncentrował się na swojej muzycznej karierze i nagraniu płyty. Rok później, w kolejnym sezonie, znowu długo nie grał, mimo że kara nałożona na niego dawno się zakończyła. Został umieszczony na liście nieaktywnych przez Pacers, po tym jak zażądał transferu. Natomiast na początku minionego sezonu, Ron w jednym z wywiadów przyznał, że będąc w Bulls, podczas przerw w meczach zamiast Gatorade, pił Hennessy. To tylko bardzo mały wycinek z bogatej historii wybryków Artesta. Przez lata był to przede wszystkim zawodnik sprawiający mnóstwo problemów, zarówno na parkiecie jak i poza nim.

Kiedy rok temu przychodził do Los Angeles, wielu uważało, że swoim zachowaniem bardziej zaszkodzi niż pomoże obrońcom tytułu. Ostatecznie jednak Artest przez cały sezon nie sprawiał problemów, a w decydującym meczu numer 7 odegrał kluczową rolę. Trafił bardzo ważną trójkę, mimo że przez całe playoffs miał problemy ze skutecznością z dystansu. Zdobył swój pierwszy tytuł i stał się najbardziej pozytywną postacią mistrzowskiej drużyny. Nikt w LA nie cieszył się z tego zwycięstwa tak jak on. Jego radość świetnie było widać podczas niezapomnianej konferencji prasowej. Świętując ten sukces, nawet kilka godzin później w klubie, cały czas był w swojej koszulce meczowej. Poza tym, zaraz po podziękowaniach dla rodziny, dziękował swojemu psychiatrze (a dokładnie Pani psychiatrze). Wiadomo, że od dawna miał problemy ze sobą, ale praca z psychoterapeutką przyniosła widoczne efekty i Ron nauczył się kontrolować swoje emocje. Teraz wykorzystuje to doświadczenie i swoją sławę, pomagając w promocji zdrowia psychicznego. Natomiast jego ostatnim pomysłem jest oddanie mistrzowskiego pierścienia. Ma zamiar przekazać go na licytację, a pieniądze uzyskane z jego sprzedaży przeznaczyć na cele charytatywne.
Wiemy przez co przeszedł, wielu z nas śledziło jego karierę od samego początku. Jeszcze kilka lat temu był wrogiem numer 1 w całej NBA, tak jak teraz Arenas. Kto mógł wtedy przewidzieć, że Ron będzie w stanie pomóc drużynie zdobyć mistrzostwo. Bardziej prawdopodobne było, że swoim zachowaniem rozbije kolejny zespół, pozbawiając go szans na walkę o tytuł. Ale teraz możemy już zapomnieć o jego dawnych problemach. Teraz jest on mistrzem. Jest człowiekiem, który wiele przeszedł, ale poradził sobie ze swoim problemami i dotarł na szczyt. Nie było łatwo, długo na to czekał, ale się udało. A do tego, Ron potrafi się tym sukcesem dzielić i pamięta o sowich korzeniach... Say Queensbridge! Dlatego stał się bardzo pozytywną postacią.

poniedziałek, 6 września 2010

Airball spod kosza: jedziemy na Litwę!

Polska zagra na Mistrzostwach Europy 2011!

Takiej informacji oczekiwałem po zakończeniu kwalifikacji do Eurobasketu. Polska przystępowała do nich z dużymi nadziejami na awans. W końcu oprócz nas, grupie C tylko Gruzini mieli w swoim składzie zawodnika z NBA. Ale zamiast oglądać świetną grę Polaków i zwycięstwa, oglądaliśmy jak nasi reprezentanci przegrywają na wyjazdach mecze, które właściwie mieli wygrane. W efekcie, zamiast zająć pierwsze, a w najgorszym wypadku drugie miejsce, zakończyliśmy kwalifikacje jako czwarta drużyna w grupie. Wyprzedziliśmy tylko Portugalię, a na dodatek, to właśnie przeciwko naszej reprezentacji, najgorsza drużyna grupy zanotowała swojej jedyne zwycięstwo. O Eurobaskecie na Litwie mogliśmy zapomnieć. Co prawda była jeszcze perspektywa awansu z baraży ostatniej szansy, ale z tak grającą drużyną prawdopodobnie nawet to, by nam się nie udało.

Kwalifikacje po raz kolejny pokazały w jakim miejscu jest polska koszykówka. I jest to miejsce daleeeeko za najlepszymi drużynami naszego kontynentu. Ale mimo tej złej gry i wszystkich przegranych meczów wyjazdowych, Polska jednak wystąpi na Litwie. Już do przyszłorocznych Mistrzostw rozszerzono turniej z 16 do 24 drużyn i tym sposobem, znaleźliśmy się w gronie najlepszych. Dostaliśmy fantastyczny prezent od FIBY. Nic tylko wyjść na ulice i świętować awans! Przecież będziemy grać na Eurobaskecie i tym razem nie tylko dlatego, że jesteśmy gospodarzami. Tym razem sami sobie to wywalczyliśmy zajmując świetną, czwartą pozycję w niezmiernie silnej grupie.

To były dopiero kwalifikacje. 5 drużyn w grupie, 4 awansują. O co tu grać? Po co w ogóle grać? Lepiej było od razu nazwać to meczami towarzyskimi i oszczędzić nam, kibicom niepotrzebnych nerwów. Ile razy możemy oglądać mecz ostatniej szansy dla Polski, który i tak ostatecznie przegrywamy? A teraz wiemy, że te mecze i tak nie miały znaczenia. Naszą ostatnią szansą była FIBA.

Teraz wszystko jest już jasne. Nasz ulubiony Pan Prezes Ludwiczuk zapewne dostał wcześniej cynk z FIBY (przecież jest we władzach FIBA Europe) i powiadomił o tym trenera Griszczuka i naszych zawodników. Dzięki temu wiedzieli oni, że i tak awansują cztery drużyny z każdej grupy. Dlatego nie było sensu wysilać się i w każdym meczu, przez pełne 40 minut grać na pełnych obrotach. Przed własną publicznością oczywiście, ale na wyjazdach można było sobie trochę odpuścić. Można nawet było dać wygrać Portugalii. W końcu my i tak wiedzieliśmy, że zagramy na Eurobaskecie.

A tak poważnie. Polska zagra na Litwie, i co z tego? Przecież i tak nic tam nie wywalczymy. Znowu będziemy mieć nadzieje, że coś się uda, a potem turniej zakończy się dla nas tak jak zawsze. Skoro nie wyciągnęliśmy wniosków z Eurobasketu 2009 i nie potrafiliśmy stworzyć silniejszej drużyny, to co musiałby się stać, żeby za rok nagle Polska była w stanie walczyć z najsilniejszymi? Na Mistrzostwach przeciwnicy będą znacznie bardziej wymagający niż podczas kwalifikacji. A co jeszcze bardzo ważne, wszystkie spotkania zostaną rozegrane poza Polską. Chociaż z drugiej strony, rozszerzając Eurobasket do 24 drużyn, automatycznie obniża się poziom pierwszej fazy grupowej (to jest nasza szansa!). Zamiast samych najsilniejszych zespołów, które zasługują na grę na Mistrzostwach, będą też drużyny takie jak Polska, które przez przypadek awansowały. Dlatego zamiast oglądać ciekawą rywalizację od samego początku, będziemy świadkami jak Hiszpania czy Serbia rozbijają swoich słabych przeciwników. Pytanie tylko po co? Ale odpowiedź na to znają tylko działacze FIBY. Oczywiście wiadomo, że chodzi o pieniądze. Dzięki większej ilości zespołów, więcej krajów będzie oglądało Mistrzostwa. Tylko czy kibice w tych krajach rzeczywiście będą nimi zainteresowani? Bo obniżenie poziomu zapewne zniechęci sporą część fanów do uważnego śledzenia tej imprezy.

Tak więc mamy awans. Prezes Ludwiczuk może teraz z dumą mówić, że trzeci raz z rzędu Polska zagra na Mistrzostwach Europy. I nie ma wątpliwości, że to głównie dzięki jego świetnej pracy i chociażby decyzji o wyborze tak wybitnego trenera jak Griszczuk. Nic tylko cieszyć się z tego jak rozwija się polska koszykówka.

wtorek, 24 sierpnia 2010

Airball spod kosza: Jordan i Kwame znowu razem

Kwame Brown, LeBron James i Dwight Howard. Co łączy tą trójkę? Wszyscy trafili do NBA prosto po szkole średniej i zostali wybrani z pierwszym numerem w drafcie. Który z nich nie grał w All-Star Game? Brown. Który z nich ani razu nie zdobył więcej niż 30 punktów w jednym meczu? Brown. Który z nich tylko w jednym sezonie zanotował dwucyfrową średnią zdobywanych punktów? Brown.

Kwame jest jednym z najgorszych zawodników w historii NBA wybranych z jedynką. Kiedy trafił do Waszyngtonu miał 19 lat, dobre warunki fizyczne i potencjał na gwiazdę. Ale bardzo szybko okazało się, że decyzja o postawieniu na niego, była wielką pomyłką. Przypomnijmy, że chociażby pick numer trzy draftu 2001 to Pau Gasol. Wizards woleli jednak  zawodnika wprost ze szkoły średniej niż z importu. Kiedy w Waszyngtonie podejmowano tą fatalną decyzję, od ponad roku funkcję President of Basketball Operations pełnił legendarny Michael Jordan. To właśnie on wybrał młodego Browna.

Krótko po wyborze gwiazdy przyszłości dla Wizards, Jordan zdecydował się na się na powrót z emerytury. Tym samym, Kwame miał okazję grać wspólnie z wielką legendą i człowiekiem, który w niego uwierzył.

Brown w odróżnieniu od chociażby Darko Milicica, dostawał sporo czasu gry. Milicic obwinia teraz Pistons, że zablokowali jego rozwój poprzez trzymanie go na ławce przez pierwsze lata jego kariery w NBA. Przez pierwsze dwa sezony rozegrał on zaledwie 413 minut, podczas gdy Kwame w swoich debiutanckich rozgrywkach spędził na parkiecie prawie 2 razy więcej czasu (818 minut). Mimo że Brown był jedynką draftu, było wiadomo, że z miejsca nie stanie się gwiazdą. To była inwestycja w przyszłość. Na początku nie był w stałej rotacji, ale jak tylko nadarzała się okazja, dawano mu grać, żeby mógł rozwijać się i nabierać doświadczenia. W pierwszym sezonie odnotowywał 4.5 punktów i 3.5 zbiórek przez 14.4 minut. Warto jeszcze dodać, że jego skuteczność z gry wynosiła wtedy niesamowite 38.7%. Były to osiągnięcia dalekie od najlepszych debiutantów, ale Wizards się nie przejmowali, ponieważ wkrótce miał on stać się wielką gwiazdą. (Przecież Jermaine O'Neal, który również przyszedł do NBA z pominięciem ligi akademickiej, w pierwszym roku miał średnio 4.1 punktów i 2.8 zbiórek. A właśnie w sezonie 2001/02 stał się gwiazdą Pacers i odebrał nagrodę MIP.)
Swój drugi sezon Kwame rozpoczął w pierwszej piątce. W pierwszym meczu zebrał 18 piłek, w drugim zdobył 20 punktów – dobrze się zapowiadało. Później jednak już nie był tak pięknie i po 16 meczach Brown wrócił na ławkę. Ostatecznie, w całym sezonie wystąpił w 80 spotkaniach, na parkiecie spędzał 22.2 minut i jego indywidualne osiągnięcia trochę się poprawiły – 7.4 punktów i 5.3 zbiórek. Ciągle to nie było jeszcze to, czego oczekiwano, ale był postęp.

Po odejściu Jordana na ostateczną emeryturę, Brown rozegrał swój najlepszy sezon w karierze. Rozgrywki 2003/04 były prawdziwym popisem jego umiejętności. W 74 meczach, 57 razy wychodził w pierwszej piątce odnotowując średnio 10.9 punktów i 7.4 zbiórek przez 30.3 minut. Talent Browna w końcu eksplodował. W końcu pokazał co potrafi. W marcu 2004, w spotkaniu przeciwko Kings rozgrywanym w Waszyngtonie, Kwame poprowadził swoją drużynę do zwycięstwa zdobywając 30 punktów (rekord kariery) i zbierając 19 piłek (rekord kariery). Dwa dni później w starciu z Hawks zanotował 27 punktów i 11 zbiórek. Bez wątpienia, Brown miał swoje 5 minut. Niestety dla Wizards, było to dosłownie 5 minut. A poza tym, nie było to też, aż tak efektowne 5 minut. Średnie na poziomie 10 punktów i 7 zbiórek były świetne dla Browna, ale dla jedynki w drafcie to nie są satysfakcjonujące osiągnięcia nawet na debiutancki sezon (Howard w pierwszym sezonie miał średnio 12 punktów i 10 zbiórek, a przecież nie był nawet ROY). Ale to właśnie były najlepsze rozgrywki Browna w dotychczasowej, 9-letniej karierze.

Teoretycznie był to trzeci rok postępu, Brown miał dopiero 22 lata i całą, wielką karierę przed sobą. Jednak w kolejnym sezonie obniżył loty i miał problemy zdrowotne - stracił w sumie 40 meczów z powodu złamanej kości w prawej stopie i skręconej kostki. W Waszyngtonie przestano w niego wierzyć. Minęły 4 lata, a Brownowi ciągle było bardzo daleko do wielkiej gwiazdy. Nawet w swojej drużynie nie potrafił odgrywać znaczącej roli. Natomiast Wizards mieli już innego gwiazdora - Arenasa, który trafił do NBA w tym samym drafcie co Kwame, tyle tylko, że 29 numerów później. W 2005 Wizards pozbyli się swojego wielkiego błędu i oddali go do Los Angeles, w zamian pozyskując znacznie przydatniejszego Carona Butlera.
W Lakers, Brown spędził niecałe 3 lata i pod ręką Phila Jacksona też nie pokazał nic szczególnego. Nawet tak wybitny trener, który nie raz potrafił wydobyć ze swoich zawodników znacznie więcej niż można by po nich oczekiwać, z Kwame nie wydobył więcej niż 8 punktów i 6 zbiórek.

W 2008 Brown został oddany do Grizzlies i znowu zapisał się w historii ligi. Tym razem jako element jednego z najbardziej jednostronnych transferów w historii. Lakers pozyskali Gasola, a kończący się kontrakt Browna wart $9 milionów był wtedy głównym zyskiem Girzzlies. Jeszcze w czasie draftu 2001, gdyby wymieniono zawodnika z numerem 1 za gracza z numerem 3, można by obstawiać, że lepiej wyjdzie na tym drużyna, która dostanie jedynkę. Ale po 7 latach od tamtego naboru, było już jasne, że Gasol jest wielką gwiazdą, a Brown wielką pomyłką i co najwyżej solidnym rezerwowym.

W wieku 28 lat, po 9 sezonach w NBA, Brown jest przede wszystkim znany jako wielka pomyłka draftu i element transferu, w ramach którego Lakers dostali Gasola. Już nikt nie ma złudzeń, że Kwame jest jeszcze w stanie pokazać coś na parkietach NBA. Już nikt nie ma złudzeń, że mógłby on być przydatnym zawodnikiem pierwszej piątki. Obecnie to tylko podkoszowy, którego można mieć na ławce. Jego wartość pokazał tegoroczny offseason - dopiero teraz, pod koniec sierpnia, udało mu się znaleźć nowe miejsce pracy.

Brown podpisał minimalny, roczny kontrakt z Bobcats. Ponownie połączyły się drogi jego i Jordana. Właściciel Bobcats zdecydował się zatrudnić zawodnika, który jest jego największą pomyłką. „Brown wybrany z jedynką” to symbol działań MJ'a w roli prezydenta klubu. Jordan był wielkim zawodnikiem i może będzie dobry właścicielem, ale jako człowiek, który podejmuje decyzje kadrowe, nie sprawdził się i w draftach popełniał błędy (po Brownie był też Morrison). Teraz oglądając mecze swoich Bobcats, Michael będzie patrzył na  Kwame (przeważnie na ławce) i zastanawiał się, jak to było możliwe, że 9 lat temu widział w nim wielką gwiazdę przyszłości...

piątek, 20 sierpnia 2010

Airball spod kosza: LeBron wśród przyjaciół

Właściwie przez całe wakacje LeBron jest w centrum uwagi i może przydałoby się trochę odpocząć od tematu jego gry w Heat, ale cóż zrobić, znowu będzie o nim. Do kolejnego tekstu o Jamesie skłoniły mnie fragmenty jego wywiadu dla magazynu GQ, który ukarze się we wrześniowym numerze. Pojawiło się tam kilka ciekawych wypowiedzi nowego gwiazdora drużyny z Miami.

Po pierwsze, James wyobraża sobie powrót do Cavs w przyszłości, o ile kibice go tam przyjmą. Po ostatnich wydarzeniach i paleniu jego koszulek nie jest to wcale takie oczywiste. Ale z drugiej strony, gdyby znowu grał dla ich drużyny, kibice na pewno szybko zapomnieliby o przeszłości. Chociaż, tu pojawia się kolejna wypowiedź nie poprawiająca jego stosunków z kibicami z Cleveland. LeBron powiedział, że w dzieciństwie nie lubił Cleveland, jako miasta, a nawet nienawidził je i do teraz są tam ludzie, których nienawidzi. Wiąże się to z tym, że Akron to małe miasteczko, a mieszkańcy położonego 40 mil na północ, większego Cleveland czuli się od nich lepsi. Jak to bywa na całym świecie, zawsze są jakieś lokalne spory pomiędzy miastami i miasteczkami. I ci z mniejszych miejscowości, pogardzani przez tych z większych, nie pałają do siebie miłością. Jednak póki James był częścią drużyny Cleveland Cavaliers, nikt o tym głośno nie mówił. Wszystko pozostawało w Ohio, cały stan był dumny ze swojego gwiazdora, a on koncentrował się na tym, że to jego rodzinne strony, a nie, nielubiane wcześniej Cleveland. Teraz sytuacja się zmieniła i jego dom to Akron, a nie Cleveland. Do miasta, w którym grał przez 7 lat większych sentymentów jak widać nie ma.

Ile ciekawych rzeczy możemy się teraz dowiedzieć.

Chociaż, jak już wspominałem, LeBron nie ma nic przeciwko, by w przyszłości założyć jeszcze koszulkę Cavs. Może liczy, że przeniosą się z Cleveland do Akron? To z pewnością przekonałoby go do powrotu. Teraz już wiemy, że Cleveland nie było jego domem, stąd też nie było mu aż tak ciężko przenieść się na Florydę. Wielu uważa natomiast, że gdyby grał w Akron, pozostałby lojalny i nawet nie myślałby o innej drużynie. Warto przypomnieć, że swoim kibicom z Akron podziękował za wsparcie w lokalnej gazecie, wykupując całą stronę. Wcześniej, kibicom w Cleveland w podobny sposób podziękował Ilgauskas. LeBron skoncentrował się tylko na Akron i to też świadczy o tym, że Cleveland nie jest i nie było dla niego aż tak ważnym miejscem, jak jeszcze niedawno mogło się wydawać.

Poza tym, ostatnio dużo mówi się o tym, że decyzja Jamesa o wspólnej grze z Wade'm i Boshem, to chęć powrotu do sytuacji ze szkoły średniej. Z tą tezą zgadza się autor wywiadu z LeBronem dla GQ, J.R. Moehringer, w rozmowie dla TrueHoop. W szkole średniej James grał ze swoimi najlepszymi przyjaciółmi i był naprawdę szczęśliwy. W grupie przyjaciół czuł się bardzo dobrze, zwłaszcza, że miał trudną sytuację w domu. Nie znał swojego ojca, a na matkę nie zawsze mógł liczyć. Dlatego, jak mówi Moehringer, James nie tylko chce wygrywać, ale też chce być szczęśliwy, otoczony przez ludzi, na których mu zależy i którym ufa. Dwyane i Chris przede wszystkim są jego przyjaciółmi, a dopiero w dalszej kolejności super gwiazdami. To, jak wyglądały czasy LeBrona w szkole średniej, można objeżdżać w filmie dokumentalnym „More Than a Game” (jeśli jeszcze nie widzieliście, musicie szybko nadrobić zaległości). James wraz z grupą przyjaciół, w tym Dru Joyce'm, który właśnie zrezygnował z gry w Polsce, dobrze się bawił i wygrywał. Teraz ma być podobnie w Miami.

Muszę przyznać, że po tym, jak początkowo bardzo sceptycznie podchodziłem do decyzji Jamesa, obecnie coraz bardziej jestem skłonny zgodzić się z tym, że dobrze zrobił. Moda na nieustanne krytykowanie LeBrona jakoś mnie nie wciągnęła. Chociaż nie jestem jego fanem i nie zamierzam go bronić. Zwłaszcza za program „The Decision”, krytyka jak najbardziej mu się należny. Ale już z ostrymi słowami ze strony Jordana i Magica nie do końca bym się nie zgodził. Poczałkowo też wydawało mi się, że powinien zostać w Cavs i doprowadzić ich do mistrzostwa. Ale z drugiej strony, patrząc chociażby na karierę Garnetta, lojalne trzymanie się drużyny, w której rozpoczęło się karierę, nie zawsze wychodzi na dobre. Nawet jeśli gra się na najwyższym poziomie i jest się MVP.
James w Cleveland miał dobrych partnerów. Na tyle dobrych, by w sezonie zasadniczym zająć pierwsze miejsce w lidze. Ale nie na tyle dobrych, by wygrywać w playoffs. Jordan już od swojego czwartego sezonu grał wspólnie z Pippenem, który równocześnie stał się jego przyjacielem. James nie miał tak wybitnego partnera i przyjaciela u swego boku. Przez chwilę miał nim być Larry Hughes. Ale on w swojej dotychczasowej, 12-letniej karierze, tylko 5 razy zanotował średnie zdobywanych punktów na poziomie co najmniej 15. Teraz już nikt pamięta o jego dawnej świetności i ma on problemy ze znalezieniem pracy. Trudno go porównywać do Pippena. Poza tym, James przez całą karierę gra z Ilgauskasem, który nawet przeniósł się z nim do Miami. Ale trudno Big Z porównywać z Abdul-Jabbarem, którego miał Johnson. Kiedy Magic przyszedł do Lakers, Kareem już tam był, a później dołączył do nich jeszcze jeden Hall of Famer, czyli James Worthy. LeBron też miał okazję być w drużynie z przybyłym Hall of Famerem - Shaqiem, ale w momencie, gdy O'Neal jest już cieniem siebie sprzed kilku lat. Nie da się ukryć, że James nie miał tak wybitnych partnerów jak Jordan i Johnson. Nie miał też wybitnego trenera. Mike'a Browna i Phila Jacksona dzieli przepaść, a dokładnie 11 pierścieni. Brown pracował w Cavs 5 lat i jego największym sukcesem był występ w Finałach (przegranych 0-4). Podczas gdy Jackson, przez pierwsze 5 lat zdobył z Bulls 3 mistrzostwa. W Lakers był natomiast Pat Riley, który po 5 latach pracy miał 2 tytuły i 4 występy w Finałach. Dlatego trudno nie zgodzić się ze stwierdzeniem, że LeBron w Cleveland rzeczywiście nie miał wielkich perspektyw.
Jego decyzja o przejściu do Heat sprawia, że w końcu ma wielkich partnerów i teraz może pokazać, na co go stać. Nie będzie już miał wymówek. Teraz plan minimum to mistrzostwo. W Miami stworzono bardzo interesujący zespół, który z ciekawością wszyscy będziemy śledzić, by zobaczyć, jak gwiazdy będą współpracować i co razem uda im się osiągnąć. Jeśli nie stworzą dynastii, wtedy stwierdzimy, że James popełnił błąd. Ale jeśli spełnią swoje marzenia i oczekiwania, będą przez lata na samym szczycie, po zakończeniu kariery, nikt nie będzie wypominał Jamesowi tej decyzji (poza kibicami w Cleveland). 
Ocenimy go po liczbie pierścieni.

środa, 18 sierpnia 2010

Airball spod kosza: teraz czas na Melo

Po sezonie 2010/11 Anthony może zrezygnować z ostatniego roku dotychczasowej umowy i zostać wolnym agentem. Wtedy może opuścić Denver i w równinie wielkim stylu jak LeBron, zmienić barwy klubowe, łącząc swoje siły z inną gwiazdą. Te wakacje należały do LeBrona, D-Wade'a i Bosha, przyszłe mógłby należeć do Melo. Ale jest coraz bardziej prawdopodobne, że na jego przeprowadzkę nie będziemy musieli czekać aż rok. Wszystko wskazuje na to, że już w najbliższym czasie, najpóźniej w trakcie nadchodzącego sezonu, Anthony zabierze „swoje talenty” z Denver.

Jeszcze zanim mieliśmy okazje doświadczyć okresu free agency 2010, zanim obejrzeliśmy fascynujący i trzymający w napięciu The Decision, zanim uświadomiliśmy sobie, że trzy wielkie gwiazdy będą grać razem, Nuggets rozpoczęli starania o zatrzymanie u siebie Melo na dłużej. Na początku offseason zaproponowali swojemu gwiazdorowi przedłużenie kontraktu o 3 lata za $65 milionów. Jest to maksimum, jakie mogli mu dać i nie ma wątpliwości, że roczne zarobki na poziomie $21.5 milionów nie są tu kwestią sporną. Gdyby Anthony wiązał swoją przyszłość z Denver, bez wahania podpisałby tą umowę. Ale mamy już drugą połowę sierpnia, a Nuggets ciągle czekają na jego decyzję (może będzie The Decision 2?). Czy przyjmie ich ofertę, czy za rok będzie próbował swoich sił na wolnym rynku?

Jeszcze kilka tygodni temu kibice drużyny z Colorado mogli mieć nadzieję, że Melo na razie koncentruje się na swoim ślubie, obserwuje co wydarzy się podczas free agency, czeka na informację, czy po chorobie wróci trener Karl, a ostatecznie i tak pozostanie zawodnikiem Nuggets. Jednak w tym momencie, jest to coraz mniej prawdopodobne. Skoro ciągle nie wziął ogromnych pieniędzy jakie mu oferują, coś musi być na rzeczy. Tym sposobem, kolejna wielka gwiazda w te wakacje jest przedmiotem plotek transferowych. Kiedy wiedzieliśmy już, że w Miami będzie Wielka Trójka, usłyszeliśmy, że o wspólnej grze marzą też Amare, CP3 i Melo. Następnie przeszliśmy krótki, ale intensywny okres spekulacji na temat przyszłości Paula. Póki co wszystko ucichło i przynajmniej na razie, Chris zostaje w Nowym Orleanie. Tym czasem na pierwszy plan wysunął się Anthony. W ostatnich dniach kilka źródeł podało, że chce on odejść z Denver i to jak najszybciej.

Teoretycznie, po informacji, że Anthony chce przejść do innej drużyny, powinniśmy czekać na przyszły offseason, kiedy będzie on wolnym agentem. Ale wiadomo, że jeśli naprawdę nie będzie chciał zostać w Denver, to zmieni barwy klubowe na długo przed przyszłorocznymi wakacjami. Nuggets już podobno rozważają możliwości jego transferu. Oczywiście mogą jeszcze przekonać go do pozostania, tak jak to udało się Hornets w przypadku Paula. Jednak ta sytuacja znacząco różni się od tej w Nowym Orleanie. Anthony ma kończący się kontrakt i jego groźba odejścia jest o wiele bardziej realna. Chris mógł tylko domagać się transferu, Melo najwyższej poczeka rok i odejdzie, pozostawiając Nuggets bez niczego. Dlatego, jeśli będzie chciał się przenieść do innej drużyny, Nuggets  wytransferują go, by dostać coś w zamian. Chociażby młodego Gallinari'ego i kończący się kontrakt Curry'ego, co podobno proponują im Knicks.

Pozostaje jedynie kwestia pieniędzy i kontraktu Anthony'ego. Melo jest w o tyle niekomfortowej sytuacji, że za rok kończy się umowa pomiędzy ligą a związkiem zawodników. A wraz z nową, zmienią się warunki kontraktów i maksymalne sumy, jakie zawodnicy mogą zarobić. I jest właściwie pewne, że warunki zmienią się na niekorzyść zawodników. W efekcie, za rok Melo nie będzie mógł już liczyć na zarobki rzędu $21.5 milionów za sezon. Dlatego ma spory dylemat. Z jednej strony chce opuścić Denver, z drugiej chce pieniędzy, które oni mu dają.

Jednym z rozwiązań mogłoby być podpisanie kontraktu z Nuggets i równoczesne przekonanie ich do transferu, czyli coś w stylu sign-and-trade. Ale jaki interes mieliby w tym Nuggets? Jeśli podpisałby z nimi kontrakt, nie mógłby już grozić tym, że zaraz będzie wolnym agentem i odejdzie. Innym wyjściem miałaby być wymiana do innej drużyny w trakcie sezonu, by po przeprowadzce Melo mógł przedłużyć umowę z nowym zespołem, jeszcze na starych zasadach. Pewne jest jedno - Anthony nie chce czekać na nowy kontrakt do przyszłych wakacji. Dlatego, jeśli będzie zdeterminowany żeby odjeść z Nuggets, to stanie się to najpóźniej przed trade deadline.

Celem Anthony'ego ma być przede wszystkim Nowy Jork, ale według ostatnich doniesień na liście drużyn, do których chciałby trafić są także Magic. Knicks już rozpoczęli przygotowywania, by zaproponować Nuggets korzystną ofertę i przekonać ich do transferu. Będąc w Knicks, Melo znalazłby się w centrum wielkiego rynku, jakim jest Nowy Jork i mógłby rozbudować swój wizerunek gwiazdy. Niestety dla niego, w tym momencie mało prawdopodobna wydaje się perspektywa Wielkiej Trójki z Amare'm i Chrisem. Paul jak na razie zostaje w Hornets i najszybciej mógłby zmienić plany za 2 lata, kiedy będzie wolnym agentem. A połączenie sił z samym Stoudemire'm nie zagwarantuje Melo sukcesów, więcej osiągnie zostając z Billuspem. Ale w Knicks mają plan B, jakim jest Tony Parker. O rozgrywającym Spurs znowu dużo się mówi, po tym jak jego żona powiedziała, że chciałby on grać w Knicks. Parker za rok będzie wolnym agentem i mógłby przeprowadzić się do Nowego Jorku. W ten sposób w sezonie 2011/12 byłaby kolejna Wielka Trójka: Melo-Amare-Tony. To już byłoby coś. Może nie na tle silny tercet, by zagrozić Trójce z Miami, ale byliby liczącą się drużyną.

W teorii wszystko wygląda dobrze, ale nie można pominąć sytuacji, która miała miejsce nie tak dawno temu, czyli nieudanego powrotu Thomasa do Knicks. To pokazało, że relacja Dolana z Thomasem jest na tyle silna, że właściciel klubu z NY nie przejmuje się nieudolnością swojego przyjaciela i jest w stanie ponownie oddać klub w jego ręce. Jeśli Dolan uwierzy, że Isiah pomógł ściągnąć Melo czy Parkera, zrobi go GM'em, a wtedy nawet Wielka Trójka nie pomoże Knicks. Pod rządami Thomasa drużyna do niczego nie dojdzie, nawet z gwiazdami w składzie. Dlatego poważnie zastanowiłbym się na miejscu Melo, czy rzeczywiście warto pchać się do Nowego Jorku. Już znacznie bardziej rozsądna wydaje się być przeprowadzka do Orlando i duet z Howardem.

Zobaczymy co z tego wyjdzie, może zakończy się tylko na spekulacjach, tak jak w przypadku CP3. Tym bardziej, że Melo w Denver jest w znacznie lepszej sytuacji niż Paul w Nowym Orleanie. Jego Nuggets przez ostatnie 3 lata za każdym razem odnotowywali co najmniej 50 zwycięstw, a rok temu awansowali do finału zachodu, gdzie po wyrównanej walce przegrali z przyszłymi mistrzami. W ostatnich playoffs było znacznie gorzej, ale musieli radzić sobie bez trenera Karla, Martin  nie był w pełni zdrowia, a na koniec wypadł Nene. Poza tym, Anthony ma już wybitnego partnera, jakim jest Billups. Co prawda ma on prawie 34 lata, ale gra na bardzo wysokim poziomie o czym świadczy chociażby fakt, że w minionym sezonie odnotował rekordową w swojej karierze średnią zdobywanych punktów. A do tego, ma mistrzowskie doświadczenie i potrafi poprowadzić drużynę w ważnych meczach. Może Nuggets nie są w tym momencie drużyną na miarę tytułu, ale są znaczącą siłą na zachodzie. Są w znacznie lepszej sytuacji niż Hornets. Chociaż z drugiej strony, nie można zapomnieć, że w Nuggets nie ma już  Marka Warkentiena. Człowieka, który tworzył silny skład drużyny w ostatnich latach, który oddał Iversona pozyskując w zamian Billupsa. Nie wiadomo dlaczego, ale nie przedłużono z nim kontraktu. Teraz w Denver szukają nowego generalnego managera. Może mają nadzieję, że tak jak Dell Demps po przyjściu do Hornets przekonał Paula do pozostania, tak ich nowy GM przekona Melo?

czwartek, 12 sierpnia 2010

Airball spod kosza: Collison i Pacers

Do wczoraj, Pacers byli najmniej aktywną drużyną podczas tegorocznego offseason. Wzmocnili skład jedynie poprzez zawodników wybranych w drafcie. Poza tym, nie wykonali żadnego ruchu. W pewnym sensie było to zrozumiałe, ponieważ te wakacje to jeszcze nie ich czas. Pacers dopiero za rok będą liczyć się na rynku i wtedy mogą być jednym z najpoważniejszych graczy. Po najbliższym sezonie kończą się kontrakty Murphy'ego, Dunleavy'ego, Forda i Fostera, czyli z salary cap Pacers zniknie łącznie prawie $38 milionów. Jest to fantastyczna sytuacja dla drużyny, która już od lat nie potrafi odbudować swojej siły. Kończące się kontrakty dają im możliwość ściągnięcia wolnych agentów w przyszłym offseason lub pozyskania wartościowych zawodników w ramach wymiany. I wczoraj właśnie tą druga opcję wykorzystał Larry Bird, by dostać Darrena Collisona. Oddał $12 milionów Murphy'ego w zamian za rewelacyjnego młodego rozgrywającego. Nie tylko pozyskał zawodnika na pozycję, z którą od dawna jego zespół miał problem, ale co najważniejsze, ściągnął do Indiany gracza, który razem z Grangerem może być gwiazdą tej drużyny.

Collison rok temu trafił do Hornets jako 21 pick w drafcie i nie oczekiwano od niego gry na tak wysokim poziomie, jaki zaprezentował w swoich debiutanckich rozgrywkach. Miał być po prostu dobrym zmiennikiem dla Paula. Jednak kontuzja lidera drużyny, spowodowała, że Collison dostał szanse dłużej gry, którą w 100% wykorzystał, pokazując jak fantastycznym jest zawodnikiem. W rezultacie nie był już tylko zmiennikiem Paula, ale też jego poważnym konkurentem. Gdyby Paul został wytransferowany, jak jeszcze spekulowano kilka tygodni temu, Collison zastąpiłby go w roli pierwszego rozgrywającego. Jednak w obecnej sytuacji, musiałby pogodzić się z rolą zmiennika, dlatego transfer do Indiany to dla niego świetna informacja. Z drugiej strony, Hornets albo zaryzykowali i rzucili wszystko na jedną szalę, by pokazać Paulowi, że w pełni stawiają na niego. Albo dostali do swojego lidera mocne zapewnienie, że chce zostać w Nowym Orleanie. Oddając Collisona, Hornets pozbyli się zabezpieczenia, na wypadek utraty Paual. Mając młodego rozgrywającego, odejście ich gwiazdora byłoby mniej dotkliwe. Teraz nie mają już wyjścia, za wszelką cenę muszą przekonać CP3, żeby został u nich na dłużej niż tylko do 2012, kiedy kończy się jego obecny kontrakt.

Ale wróćmy do Collisona. W Pacers będzie on grał w pierwszej piątce, będzie mógł się rozwijać i w pełni pokazywać swoje umiejętności. Zostając w Nowym Orleanie utknąłby za Paulem i zakładając, że nie powtórzyłyby się problemy zdrowotne Chrisa, czas na parkiecie dla Collisona byłby znacznie krótszy niż w ostatnim roku. W minionym sezonie, rozpoczynając 37 meczów w wyjściowym składzie Collison notował średnio 18.8 punktów ze skutecznością 48.5% i 9.1 asyst. Są to rewelacyjne statystyki, zwłaszcza, że nalezą do zawodnika, który dopiero debiutował w NBA i ma tylko 23 lata. Bez wątpienia ma on potencjał, by w przyszłości dołączyć do grona najlepszych rozgrywających ligi, a dzięki przeprowadzce do Indiany nie ma obawy, że jego talent się zmarnuje. Tutaj dostanie szansę odgrywania czołowej roli i będzie mógł potwierdzić swoje umiejętności prowadzenia drużyny. Pacers takiego zawodnika bardzo potrzebowali. Ich gra jest nastawiona na atak, a nie mieli playmakera, który dobrze pokierowałby ich ofensywą. Collison jest najlepszym rozwiązaniem, jakie mogli sobie wymarzyć. Idealny gracz do przebudowywanej drużyny, która już niedługo ma ponownie zacząć się liczyć w walce o playoffs.

Larry Bird bardzo długo czekał na odpowiednią wymianę. Już jakiś czas temu mówił, że szuka rozgrywającego i w końcu znalazł. Dysponując czterema dużymi, kończącymi się kontraktami, Pacers mają ogromne możliwości i ten transfer pokazał, jak mogą je wykorzystać. Pierwszą kończącą się umowę udało im się zamienić na Collisona, to fantastyczny początek. Chociaż musieli przejąć także kontrakt Posey'a, 2 lata za $13 milionów. W pewnej części zmniejsza to ich możliwości finansowe na przyszły offseason, ale nie ma wątpliwości, że dla Collisona było warto.

Jeśli kolejne kończące się kontrakty Birdowi uda się wykorzystać równie udanie, już niedługo w Indianie rzeczywiście będziemy mieli młody i obiecujący zespół. Już teraz dysponują tam sporym potencjałem. Mają 27-letniego Grangera, który powinien być w szczytowej formie przez najbliższe kilka lat. Mają młodych Hibberta, Rusha, Hansbrougha, Price'a, Georg'a i Stephensona, a teraz jeszcze Collisona. Najbliższy sezon będzie czasem dla tych zawodników, by popracować nad swoją grą, a dla władz klubu, by tą grupę uzupełnić odpowiednimi weteranami.

środa, 11 sierpnia 2010

Airball spod kosza: super strzelec bez sukcesów

Po długich poszukiwaniach, McGrady w końcu dostał pracę.

Jeszcze nie tak dawno temu, był jedną z największych gwiazd NBA, a teraz znalazł się w punkcie, w którym właściwie nikt go nie chciał. Już wydawało się, że zatrudnią go w Bulls. McGrady mówił wtedy, że wreszcie trafi do drużyny, która już podczas draftu 1997 była nim zainteresowana i która chciała go pozyskać w 2000 roku, kiedy był wolnym agentem. Tracy był przekonany, że zagra w barwach Bulls, ale powiedział o kilka słów za dużo i to chyba przekreśliło to jego szanse. Ujawnił to, czego najbardziej się obawiano – ciągle wierzy, że jest wielki, że jeszcze może grać w pierwszej piątce i odgrywać czołową rolę w zespole. Natomiast w Chicago chcieli solidnego rezerwowego, a nie zawodnika, który będzie domagał się miejsca w wyjściowym składzie. Dlatego zrezygnowali, a McGrady musiał szukać dalej. Udało się w Detroit, gdzie zgodził się być zmiennikiem. Pytanie tylko, jak długo będzie mu się podobało wchodzenie z ławki? Może ciągle wierząc w swoje umiejętności, liczyć, że będzie najlepszym rezerwowym ligi i będzie grał po 30 minut? Jest to oczywiście niemożliwe, chociażby z tego powodu, że w Pistons na pozycje 2/3 jest bardzo duża konkurencja. Dlatego istnieją poważne obawy, że w Detroit możemy być świadkami kolejnych problemów z rozkapryszoną gwiazdą. Był Iverson, teraz jest McGrady. Czas pokaże.

W wieku 31 lat McGrady musi udowodnić, że jeszcze może być przydatny. I nikt nie oczekuje od niego, że będzie zdobywał po 20 punktów na mecz, wręcz przeciwnie. Tracy musi pokazać, że jest w stanie pomóc zespołowi jako role player. Czasy jego świetności minęły bezpowrotnie i teraz wraca do roli z początku swojej kariery, kiedy był zmiennikiem w Toronto. Musi się z tym pogodzić. Jeśli to zrobi i będzie grał dla dobra zespołu, poświęcając swoje indywidualne aspiracje, jego kariera w NBA może jeszcze potrwać kilka sezonów. Jeszcze będzie mógł trafić do dobrej drużyny i powalczyć o tytuł. Jeśli jednak będzie chciał udowodnić, że nadal jest gwiazdą, szybko może skończyć tak jak Iverson, który jest już poza ligą i najprawdopodobniej do niej nie wróci..
McGrady rozpoczął swoją karierę w 1997 roku, kiedy przystąpił do draftu od razu po szkole średniej. W wieku 18 lat trafił do Toronto, którzy wybrali go z wysokim 9 numerem. W swoim pierwszym sezonie T-Mac nie był wyróżniającym się debiutantem. Ale też jako bardzo młody zawodnik nie mógł liczyć na znaczącą liczbę minut. Dopiero pod koniec rozgrywek dostał szansę dłuższej gry i nawet występował w pierwszej piątce. W kolejnym sezonie do Raptors dołączył kuzyn McGrady'ego, Vince Carter, który mimo że dopiero rozpoczynał swoją karierę w NBA, z miejsca stał się liderem młodej drużyny. Tracy nie mógł liczyć na tak silną pozycję, ale był już ważnym rezerwowym, który regularnie pojawiał się na parkiecie. Przełomowy okazał się kolejny sezon, 1999/2000. Wtedy McGrady stał się drugą postacią w zespole, drugim strzelcem (15.4 punktów) i razem z Carterem stworzył silny duet, który zapewnił Raptors pierwszy w ich krótkiej historii występ w playoffs. W pierwszej rundzie fazy posezonowej Raptors spotkali się z Knicks i odpadli już po 3 spotkaniach. T-Mac bardzo dobrze zagrał w meczu otwarcia, zdobył wtedy 25 punktów i zebrał 10 piłek. Wspominając tamten sezon, nie można też pominąć jego występu w pamiętnym konkursie wsadów podczas Weekendu Gwiazd w Oakland. Co prawda wygrał go bezkonkurencyjny Vince, ale McGrady też pokazał niesamowite dunki.

W wakacje 2000 roku McGrady był wolnym agentem. Miał ledwie 21 lat, a za sobą 3 sezony postępu i sukces zespołowy, jakim był awans do playoffs. Młody, szybko rozwijający się zawodnik był bardzo atrakcyjny dla wielu drużyn i nie mógł narzekać na zainteresowanie. Ostatecznie wybrał rodzinną Florydę i przeniósł się do Orlando, podpisując tam ogromny kontrakt wart $93 miliony za 7 lat. Magic nie tylko skusili go pieniędzmi, ale też perspektywą bycia pierwszoplanową gwiazdą. W Toronto numerem jeden był jego kuzyn, a McGrady nie chciał prze kolejne lata być tylko tym drugim. W nowym zespole szybko potwierdził, że Magic dobrze zainwestowali swoje pieniądze. Był najlepszym strzelcem drużyny ze średnią 26.8 punktów. Tym samym, poprawił swoje zdobycze z wcześniejszego sezonu aż o 11.4 punktów. Dlatego też był bezkonkurencyjny w głosowaniu na Most Improved  Player i otrzymał tą nagrodę. Jego świetna gra została również doceniona przez kibiców i został wybrany do pierwszej piątki Wschodu podczas All-Star Game w Waszyngtonie. Co prawda nie zaprezentował się tam najlepiej, zdobył ledwie 2 punkty przez 21 minut, ale na dobre wszedł do grona największych gwiazd NBA. W playoffs 2001 imponował swoją grą, ale to nic nie dało i jego drużyna przegrała już w pierwszej rundzie. Magic ulegli Bucks 1-3, mimo że T-Mac notował w tych czterech meczach średnio 33.8 punktów, 8.3 asyst i 6.5 zbiórek.
W następnym sezonie średnia McGrady'ego była minimalnie niższa (25.6), ale już w rozgrywkach 2002/03 był najlepszym strzelcem NBA zdobywając 32.1 punktów. Rok później ponownie został królem strzelców, tym razem z średnią 28 punktów. Niestety, po 3 kolejnych latach, w których wprowadzał Magic do playoffs, w sezonie 2003/04 już mu się to nie udało. Zdobywał najwięcej punktów w NBA, ale jego drużyna była najgorszą w całej lidze. 10 marca 2003 Tracy ustanowił swój rekord kariery zdobywając aż 62 punkty w meczu z Wizards i dał Magic 19 wygraną w sezonie (w sumie mieli 21). Po tych fatalnych rozgrywkach, władze klubu zdecydował się na poważne zmiany w składzie i oddały swojego gwiazdora do Houston, przede wszystkim w zamian za Steve'a Francisa.

Tak zakończyła się 4-letnia gra McGrady'ego w Orlando. Były to jego najlepsze sezony w całej karierze. Nie tylko zdobywał dużo punktów, ale też imponował wszechstronnością. Jego średnie w barwach Magic wyniosły w sumie 28.1 punktów, 7 zbiórek i 5.2 asyst. W Orlando stał się wielką gwiazdą NBA, niestety jego indywidualne rekordy nie przełożyły się na sukcesy drużyny. Magic 3 razy grali w playoffs, ale za każdym razem odpadali już w pierwszej rundzie. Najbliżej awansu byli w 2003 roku, kiedy stoczyli 7-meczowy pojedynek z Pistons. Magic prowadzili w serii już 3-1, ale mimo to przegrali. McGrady rozpoczął tamte playoffs od dwóch meczów ze zdobyczami ponad 40 punktów. Rewelacyjnie zagrał także w spotkaniu numer 6, kiedy na swoim koncie miał 37 punktów i 11 zbiórek, ale to nie wystarczyło. Pistons byli bardzo silnym zespołem, a Magic przede wszystkim drużyną jednego zawodnika. Osamotniony McGrady nie był w stanie zapewnić im zwycięstwa. Dlatego przeprowadzka do Houston miała być dla niego szansą, by wreszcie zacząć odnosić sukcesy zespołowe. W Rockets dołączył do Yao i razem z nim miał wprowadzić drużynę na szczyt.
Po zmianie barw, McGrady nadal imponował wspaniałą grą. Dlatego nie dziwił fakt, że Rockets szybko zaproponowali mu przedłużenie kontraktu o kolejne 3 lata za $63 miliony. Jego pierwszy sezon w Teksasie, Rockets zakończyli na piątym miejscu w tabeli zachodu i w pierwszej rundzie playoffs spotkali się z czwartymi Mavs. Drużyna z Houston rozpoczęła serię od 2 zwycięstw w Dallas i wydawało się, że są na najlepszej drodze do awansu do drugiej rundy. Jednak później przegrali 3 kolejne spotkania i znaleźli się pod ścianą. Mecz numer 6 udało im się wygrać dzięki świetnej grze T-Maca, który zdobył 37 punktów, zebrał 8 piłek i zaliczył 7 asyst. Ale już w decydującym meczu numer 7, Rockets zostali zupełnie rozbici przez rywali i mogli jechać na wakacje. W sezonie 2005/06 Tracy stracił 34 mecze z powodu kontuzji pleców, a Rockets nie zakwalifikowali się do fazy posezonowej. Zdążył jednak wystąpić w Meczu Gwiazd rozgrywanym w Houston. Będąc reprezentantem gospodarzy rozegrał fantastyczne spotkanie, które zakończył z dorobkiem 36 punktów. Ostatecznie to jednak Wschód wygrał 2 punktami i Tracy nie mógł liczyć na nagrodę MVP. W następnych rozgrywkach nie miał już poważnych problemów zdrowotnych, a w playoffs 2007 Rockets spotkali się z Jazz. Seria rozpoczęła się w Houston i gospodarze wygrali 2 pierwsze mecze. Jednak podobnie jak 2 lata wcześniej, to nie zagwarantowało im awansu do drugiej rundy. Jazz doprowadzili do remisu 2-2. Rockets wygrali bardzo ważny mecz numer 5, a T-Mac miał wtedy 26 punktów i 16 asyst. Byli o krok od drugiej rundy, ale to Jazz wygrali następne 2 spotkania. McGrady po raz 6 w swojej karierze odpadł już w pierwszej rundzie. W sezonie 2007/08 Rockets zanotowali 55 zwycięstw, co było najlepszym osiągnięciem drużyny McGrady'ego w całej jego karierze. Niestety, w playoffs po raz kolejny zakończyło się tak, jak wcześniej. Rockets w pierwszej rundzie przegrali z Jazz 2-4 i nie pomógł im nawet rewelacyjny występ McGrady'ego w ostatnim, szóstym spotkaniu, kiedy zdobył 40 punktów, zebrał 10 piłek i zaliczył 5 asyst. To był ostatni moment wielkości T-Maca.
W sezonie 2008/09 miał problemy zdrowotne, grał bardzo słabo, a ostatecznie musiał poddać się poważnej operacji lewego kolana. Został wyeliminowany z drugiej połowy rozgrywek. Nie było go też w playoffs 2009, podczas gdy Rockets w końcu przebili się przez pierwszą rundę. W zeszłym sezonie już nikt nie chciał McGrady'ego w Houston i nawet gdy był gotowy do gry, trener nie miał zamiaru z niego korzystać. Dał mu wyjść na parkiet w kilku meczach i na tym się zakończyło. Przed trade deadline został oddany do Knicks, którzy chcieli przede wszystkim przejąć jego ogromny, kończący się kontrakt.

W Houston McGrady spędził niespełna 6 lat i podobnie jak w Orlando, nie osiągnął nic znaczącego. Okres w historii Rockets, w którym opierali swoją siłę na duecie McGrady-Yao, to przede wszystkim okres zdominowany przez kontuzje. W sumie, przez ostatnie 5 lat Tracy stracił 161 meczów, z czego przez ostatnie 2 lata aż 99. I to właśnie kontuzje spowodowały, że nie jest on już tym wspaniałym graczem, jakim był kilka sezonów temu.

McGrady był jedną z największych gwiazd NBA pierwszej dekady lat 2000. Niestety, poza imponującymi popisami indywidualnymi, nic nie osiągnął. Jego drużyny nie mogły pochwalić się znaczącymi sukcesami, a Tracy nigdy nie przeprowadził ich nawet przez pierwszą rundę playoffs. W Magic miał za słabych partnerów, żeby móc marzyć o wielkich sukcesach. Co prawda był tam Grant Hill, ale wiecznie kontuzjowany. Mimo że w Orlando byli razem przez 4 lata, takie obrazki były prawdziwą rzadkością:
W sezonie 2001/02 u jego boku grali też Patrick Ewing czy Horace Grant, ale pierwszy miał już 39, a drugi 36 lat. Rok później wspierał go 33-letni, gruby Shawn Kemp. Z takim wsparciem nie mógł wywalczyć dla drużyny więcej niż tylko występ w playoffs. W Rockets miał znacznie silniejszy zespół i wsparcie Yao. Jednak w wykorzystaniu pełnego potencjału tej drużyny ciągle przeszkadzały im kontuzje.

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

Airball spod kosza: Isiah powraca

W kwietniu 2008 roku, Knicks zwolnili Isiah Thomasa. Pozbyli się człowieka, który przez ponad 4 lata pełnił w klubie funkcję President of Basketball Operations i zupełnie ich pogrążył. Wydawało się, że raz na zawsze zakończyła się era Thomasa w Nowym Jorku. Dla Knicks był to bardzo zły okres w ich historii. W playoffs ostatni raz grali w sezonie, w trakcie którego Thomas dołączył do nich. Potem już ani razu im się to nie udało, mimo że byli w czołówce drużyn, które miały największe wydatki na swoich zawodników.

Przypomnijmy „najlepsze” transfery Thomasa. Już na początku swojej pracy w Nowym Jorku pozyskał Stephona Marbury'ego i jego ogromny kontrakt. Później przejmował duże umowy Jamala Crawforda, Steve'a Frnacisa, Eddy'ego Curry'ego, Zacha Randolpha, Quentina Richardsona, Mo Taylora i Malika Rose'a. Poza tym, Thomas „dobrze” radził sobie również na rynku wolnych agentów. Pozyskał między innymi Jerome'a Jamesa dając mu 5-letni kontrakt wart $29 milionów, a Jaredowi Jefferisowi zapłacił $30 milionów. Każdy z tych zawodników był przepłacony i każdy z tych transferów okazał się totalną klapą. Jedyne, za co w mniejszym stopniu można go krytykować, to wybory w drafcie. W 2004 z numerem 43 postawił na Trevora Arizę, w 2005 z 30 wybrał Davida Lee, a w 2007, 23 pick wykorzystał na Wilsona Chandlera. To były dobre decyzje, chociaż nie ustrzegł się też pomyłek: w 2005 z ósemką wybrał Channinga Frye'a, a w 2006 z dwudziestką Renaldo Balkmana.
Kiedy odchodził, w drużynie był ogromny bałagan, mnóstwo przepłaconych zawodników i fatalna atmosfera. Zastąpił go Donnie Wlash, który zabrał się za porządkowanie składu, by w tegorocznym offseason Knicks mogli walczyć o LeBrona. Nie było to łatwe zadanie, ale po dwóch latach jego pracy, jedyną pamiątka, która przypomina czasy Thomasa pozostał tylko kończący się kontrakt Curry'ego. I kiedy kibice w Nowym Jorku zaczęli zapominać o tych dawnych, złych czasach, Isiah wrócił.

Już podczas próby pozyskania LeBrona, właściciel Knicks wysłał Thomasa do Ohio, by pomógł im przekonywać gwiazdora Cavs. James Dolan widocznie zapomniał, jak zły wpływ na jego drużynę maiła praca Thomasa i teraz miał on być jego tajną bronią. Miał pomóc Knicks w tym ważnym offseason. Jednak pojawianie się Thomasa chyba tylko zmniejszyło szanse drużyny z Nowego Jorku. Gdybym był na miejscu LeBrona i przyjechałby do mnie Thomas, przekonywać, że Knicks to dla mnie najlepsze miejsce, od razu przestałbym brać ich pod uwagę. Skoro ten człowiek ciągle ma tam coś do powiedzenia, po tym co zrobił ze składem drużyny, lepiej trzymać się jak najdalej tego klubu. Jeszcze wróciłby do roli GM'a i dopiero James mógłby zapomnieć o mistrzostwie. W ten sposób, Thomas pomógł Knicks, a James wybrał Heat.

Isiah dostał posadę konsultanta w Knicks. Ale według kilku źródeł, jeszcze dwa tygodnie temu Dolan chciał mianować go generalnym managerem, tyle tylko, że za zgodą Walsha. Na szczęście, Walsh ma silną pozycję i sprzeciwił się swojemu pracodawcy. Obecny Prezydent Knicks miał nawet w bezpośrednim spotkaniu z Thomasem, powiedzieć mu, że nie chce z nim pracować. Jednak Isiah się nie zniechęcił i nadal przekonywał Dolana, że przyda się w drużynie. I udało się. Dostał pracę, równocześnie pozostając na stanowisku trenera na uniwersytecie Florida International. Początkowo zastanawiano się, czy łączenie tych dwóch stanowisk nie łamie przepisów NBA, ale według ostatnich doniesień, David Stern nie zabroni mu pracy dla Knicks.

Podobno, głównym argumentem Thomasa, który przekonał Dolana miało być to, że duet Wlash-D'Antoni nie ma silnej pozycji i szacunku wśród gwiazd NBA, o czym miał świadczyć między innymi fakt, że nie udało im się pozyskać ani Jamesa i ani Wade'a. Dlatego głównym zadaniem Thomasa będzie przekonanie w przyszłorocznym offseason Anthony'ego, a za dwa lata Paula. Dolan uwierzył, że mu się to uda.

W oświadczeniu, w którym klub poinformował o zatrudnieniu Thomasa, napisano, że już pomógł on w pozyskaniu Stoudemire'a. Jednak według wielu źródeł, nie miał on żadnego udziału w przejściu Amare do Nowego Jorku. Podobno to Dolan naciskał, żeby przypisać mu część zasług za ten transfer. Walsh natomiast był ściekły, że Thomas wraca do drużyny. Dlatego doszło do kompromisu i Isiah nie dostał pełnego etatu, tylko rolę konsultanta.

Warto dodać, że Walsh już od dawna chciał zatrudnić swojego człowieka na stanowisku GM'a. Jego kandydatami byli ex-GM Warriors - Chris Mullin, a także były zawodnik Pacers - Mel Daniels. Jednak w obu przypadkach Dolan nie wyraził zgody. Powodem miało być trzymanie tego stanowiska dla Thomasa. Na razie Walsh zablokował ten pomysł, ale kiedy skończy się jego kontrakt, nie wykluczone, że Dolan ponownie postawi na Thomasa. Według źródeł z Knicks, nikt tam nie chciał jego powrotu, ale jak niektórzy twierdzą, Isiah owinął sobie Dolana wokół palca. Właściciel Knicks słucha jego rad i jest w stanie ponownie powierzyć mu drużynę.
Wlash posprzątał bałagan, to teraz Isiah może znowu zacząć bawić się w generalnego managera...

I jak tu wierzyć, że w Nowym Jorku rzeczywiście można zbudować silną drużynę? Skoro koleś, który tak zniszczył ten zespół, jak gdyby nigdy nic, wraca w roli wybitnego konsultanta. Ale co tam Thomas, przecież to Dolan jest tu największym problemem. To on pozwolił Thomasowi wydawać ogromne pieniądze na przeciętnych zawodników i to on zgodził się na jego powrót, nawet chciał mu dać posadę GM'a. Z takim właścicielem, Knicks daleko nie zajdą. LeBron może się cieszyć, że nie zdecydował się na Nowy Jork, natomiast Amare może zacząć się martwić, że jego szanse na tytuł będą coraz mniejsze, wraz z coraz większą rolą Thomasa w drużynie.

sobota, 7 sierpnia 2010

Airball spod kosza: Shaq i wyjątkowy zespół w Bostonie

Przez ostatnie 2 lata kibicowałem trzem różnym drużynom, a w przyszłym sezonie będę trzymał kciuku za jeszcze inną. Heat, Suns, w minionym sezonie Cavs, a teraz Celtics. Jak możecie się domyślić, ta sytuacja wynika z częstych zmian barw klubowych przez Shaqa w ostatnich sezonach. Razem z nim przenoszę się z drużyny do drużyny. O'Neal od samego początku, kiedy zacząłem się interesować NBA, był moim ulubionym zawodnikiem i to się nie zmieni do samego końca. A koniec, niestety, jest już bardzo bliski... jeszcze tylko 2 lata.
Cieszę się, że te ostatnie sezony spędzi on w drużynie Bostońskiej, bo nie będę ukrywał, że jeszcze jakiś czas temu obawiałem się, że może mieć problem ze znalezieniem pracy gdziekolwiek. Przerażała mnie wizja kibicowania Hawks. Nigdy nie byłem ich fanem, a po ich występach w drugiej rundzie playoffs jeszcze bardziej zniechęciłem się do tej drużyny. Shaq miałby zakończyć karierę w takim zespole? W którym liderem jest przepłacony Johnson, nie potrafiący stanąć na wysokości zadania w ważnych meczach playoffs. Nie, to nie mogło się stać. Jednak z widoku zniknęli już Mavs i Spurs, wydawało się, że pozostali tylko Hawks. Byli jeszcze Celtics, ale oni pozyskali tego drugiego O'Neala i nie było wiadomo, jak zapatrują się na tego pierwszego. Dla Shaqa, ale i dla mnie jako kibica, ta sytuacja była bardzo niekomfortowa. Już nawet myślałem, że dla niego lepiej byłoby zakończyć karierę, niż grać w drużynie nie mającej realnych szans na tytuł. Lista pretendentów, w których mógł on grać, ograniczyła się do Celtics. Trzeba sobie jasno powiedzieć, że Shaq spalił za sobą zbyt wiele mostów, zwłaszcza w LA i Miami. Jakie byłoby to piękne zakończenie, gdyby Shaq na ostatnie lata wrócił do Lakers, gdzie odnosił największe sukcesy i zdobył z nimi jeszcze jeden pierścień. Albo dołączył do super trójki Heat i razem z nimi powalczył o tytuł. To jednak było niemożliwe.

Z jednej strony rozumiem, że niektóre drużyny nie chciałby go ze względu na jego początkowe, wysokie wymagania finansowe, ale i gwiazdorski charakter. Shaq jest znany z tego, że nie działa dobrze na atmosferę w zespole, kiedy jest niezadowolony ze swojej roli lub minut gry. Dlatego niektórzy woleli zatrudnić gorszego zawodnika, ale młodszego i mniej problematycznego. Z drugiej strony, Shaq ma już swoje 38 lat, ale nadal jest przydatny. Nadal jest silnym punktem pod koszem. Może zdobyć trochę punktów, skutecznie zabiera i sprawia, że Howard czy Yao muszą się mocno namęczyć. Grając po 20 minut, Shaq może jeszcze dużo zrobić dla swojej drużyny. Dlatego, Celtics podjęli słuszną decyzję, podpisując z nim kontrakt. A ja mogę teraz spokojnie odetchnąć, że Shaq jest w drużynie mającej jakieś szanse na tytuł. Chociaż, na pewno trudno mi będzie przyzwyczaić się do sytuacji, w której na początku meczu będę widział go na ławce. Ale cóż, trzeba się z tym pogodzić. W końcu Shaq jest obecnie jednym z najstarszych w NBA. Przecież w minionym sezonie zadebiutował pierwszy zawodnik urodzony w latach 90-tych - Jrue Holiday. Natomiast w tym roku, będzie w NBA chociażby Derrick Favors, który urodził się rok przed tym, jak Shaq rozpoczął swoją profesjonalną karierę. Za rok, w ostatnim sezonie kariery O'Neala, będą już zawodnicy, którzy od narodzin mogli oglądać go w NBA. To dobitnie pokazuje, że czas Shaqa nieubłaganie przemija i trzeba przekazać pałeczkę młodszym.

Podczas gdy Heat stali się gwiazdorską drużyną i rozpoczęli nowy rozdział w historii NBA, w Bostonie kończy się inny rozdział wspaniałej historii. Celtics też mają wielkie gwiazdy, ale gwiazdy, które lata swojej indywidualnej dominacji mają już za sobą. Są to zawodnicy, którzy przez wiele sezonów byli pierwszoplanowymi postaciami ligi, którzy zastąpili pokolenie Jordana, Barkley'a i Olajuwona. Teraz Shaqa, Garnetta i Pierce'a zastępują LeBron, Howard i Wade. Dlatego dla zawodników, którzy połączyli swoje siły w Celtics jest to ostatni moment, by jeszcze coś wywalczyć, zanim już zupełnie oddadzą pałeczkę swoim następcom.
Moja przygoda z NBA rozpoczęła się w 1995 roku i do zawodników wybranych w tamtym drafcie jestem w pewnym sensie przywiązany. Są to pierwsi gracze, których karierę obserwowałem od samego początku. Razem z nimi dołączyłem do NBA. Od tamtego czasu podziwiałem grę Garnetta, ale przez lata był on poważnym rywalem Shaqa i Lakers. Kiedy Lakers pokonywali Wolves w finale zachodu w 2004, przez myśli mi nie przyszło, że Shaq i KG będą kiedyś grać w jednej drużynie. Jeśli już miałbym wtedy pisać taki scenariuszu, powiedziałbym, że Garnett pod koniec swojej kariery dołączy do O'Neala w LA. Wtedy wydawało mi się, że do końca Shaq pozostanie w Lakers i zdobędzie z nimi jeszcze wiele tytułów. 6 lat później, to Shaq przechodzi do drużyny KG, ale nie w Minneapolis, a w Bostonie. (w drafcie 95 był również Sheed, ale póki co idzie on na emeryturę, dlatego nie będę włączał go do obecnego składu Celtics). Rok po KG, do NBA dołączył Allen i Jermaine, a w 1998 Pierce. I tak przez lata oglądaliśmy ich w rolach czołowych gwiazd ligi. Razem z Shaqiem, Garnett, Pierce, Allen i JO spotykali się podczas Weekendów Gwiazd i każdy z nich była tam pierwszoplanową postacią. W mojej dotychczasowej karierze kibica NBA miałem okazję obejrzeć 14 All-Star Games i zawsze był tam któryś z obecnych zawodników Celtics. Na początku tylko Shaq, później także KG, następnie Allen, Pierce i Jermaine. Większość moich Meczów Gwiazd to mecze, w których właśnie oni byli jednymi z największych gwiazd. A teraz wszyscy grają w jednej drużynie. W Bostonie powstał swego rodzaju Dream Team, niestety już trochę podstarzały. Ale nie zmienia to faktu, że są to wielkie i uznane gwiazdy, na których zapewne nie tylko ja, ale i wielu z was się wychowało.
Jest już coraz mniej gwiazd, które rozpoczęły swoją karierę jeszcze w latach 90-tych i które podziwiamy już od ponad dekady. Dlatego jest to tym bardziej wyjątkowa sytuacja, że aż 5 z nich zagra w przyszłym sezonie w jednej drużynie.

czwartek, 5 sierpnia 2010

Airball spod kosza: Shaq w Bostonie

Shaq podpisał dwuletni kontrakt z Celtics wart minimalne $2.8 milionów. Mają to być ostatnie 2 lata jego kariery. O'Neal długo musiał szukać dla siebie nowego klubu, ale w końcu się udało i dołączył do drużyny, która spełnia najważniejsze kryterium – liczy się w walce o tytuł.

Boston już od dłuższego czasu był właściwie jedynym wyjściem dla Shaqa, ale nie do końca było wiadomo, czy Celtics go chcą, zwłaszcza, że niedawno pozyskali innego O'Neala, młodszego o 6 lat Jermaine'a. Chcąc realnie myśleć o szansach na kolejne mistrzostwo, Shaq nie miał innej alternatywy. Jego wysokie wymagania finansowe, początkowo oczekiwał około $10 milionów za 2 sezony, zniechęciły Mavs, Spurs i Hawks. Do Lakers nie mógł wrócić, nie tylko ze względu na Bryanta, ale też jego złe relacje z Jerry'm Bussem po odejściu z LA. Także w Miami nie miał czego szukać, po tym jak skrytykował klub i sztab medyczny, kiedy przeprowadził się do Phoenix. Również na powrót do Magic, gdzie zaczynał karierę, nie było szans, ponieważ Shaq wielokrotnie ostro krytykował trenera Van Gudny'ego, a z Howardem walczył o miano „Supermana”. Z Celtics na szczęście nie miał żadnych konfliktów, dlatego z drużyn, które w najbliższym sezonie będą się liczyć, tylko oni mu zostali. Jeszcze Hawks byli zainteresowani zatrudnieniem go za minimalną stawkę, ale trudno o nich mówić, jako o pretendentach do tytułu. Zakończenie kariery w Atlancie byłoby dla Shaqa bardzo złym rozwiązaniem. Nie tylko odgrywałby tam niewielką rolą, ale też musiałby pogodzić się z tym, że w playoffs jego drużyna nic nie osiągnie. W Bostonie perspektywy są lepsze, chociaż rola Shaqa może być jeszcze mniejsza. Ostatecznie zgodził się na minimalne zarobki, dostanie o ponad $7 milionów mniej niż chciał początkowo, ale nie miał innego wyjścia. Dla niego lepiej zakończyć karierę będąc rezerwowym silnych Celtics z minimalnym kontraktem, niż dostać więcej pieniędzy, grać może trochę więcej minut, ale w słabszej drużynie. Shaq już od kilku lat walczy o swój piąty tytuł i dołączając do Celtics może ciągle mieć nadzieję na kolejny pierścień.

Wiadomo, że pozyskanie Shaqa przez Celtics nie jest już tak istotnym transferem, jakim byłoby jeszcze kilka lat temu. W tym momencie, jego przejście do Bostonu jest bardzo nagłośnione medialnie ze względu na dorobek Shaqa w jego karierze, a nie to, co wniesie on do drużyny. Po raz pierwszy będzie jedynie zmiennikiem i tym razem to nie on ma dać drużynie tytuł, ale to Celtics mają mu pomóc w jego zdobyciu.
Shaq ma już 38 lat i nie jest tym dominującym środkowym, którym był kilka sezonów temu. Ale to nie zmienia faktu, że ciągle jest znaczącą siłą pod koszem. W zeszłym sezonie grając średnio 23.4 minut odnotowywał 12 punktów, 6.7 zbiórek i 1.2 bloków. Natomiast w playoffs jego statystyki wynosiły: 11.5 punktów, 5.5 zbiórek i 1.2 bloków przez 22.1 minut. Trudno to porównywać do jego osiągnięć z czasów gry w Lakers, czy nawet jeszcze w Heat, ale widać, że grając po 20 minut może jeszcze istotnie pomóc swojej drużynie. Nie jest w stanie dominować przez cały mecz, ale w Bostonie będzie rezerwowym, będzie pojawiał się na chwilę i będzie mógł być wtedy bardziej efektywny. A Celtics przyda się wsparcie pod koszem i to nie tylko ze względu na kontuzje Perkinsa. W minionym sezonie byli drugą najgorzej zbierającą drużyną w fazie zasadniczej. I w decydującym, siódmym meczu finałów to właśnie zbiórki przesądziły o ich porażce. Zabrakło im na ławce takiego zawodnika jak Shaq, który mógłby zastąpić nieobecnego Perkinsa pod koszem i zebrać trochę piłek. Poza tym, Shaq również przyda się w ataku do zdobywania łatwych punktów. Grając w Cleveland oddawał średnio 5.2 rzutów spod samego kosza i trafiał 3.5 z nich, co dawało mu świetną skuteczność 67.2%. W Bostonie tego brakowało. Perkins trafiał 2.9 rzutów spod kosza na 3.9 prób, Garnett 2 na 3, Davis 1.3 na 2.5, a Wallace 0.7 na 1.3. Teraz Celtics wystawiając Shaqa będą mieli pod koszem zawodnika, do którego można dograć i liczyć na pewne punkty spod obręczy. Największym problemem wydaje się obrona. Celtics dysponują super defensywą, a Shaq, zwłaszcza w tym momencie swojej kariery, w obronie często zawodzi. Nie jest ruchliwy i nie zawsze podporządkowuje się taktyce drużyny. Jednak w poprzednim sezonie też grał w drużynie świetnie broniącej, a mimo to jego obecność nie sprawiała, że defensywa Cavs była gorsza. W przeliczeniu na 100 akcji, Cavs tracili właściwie tyle samo punktów z Shaqiem na parkiecie, jak i bez niego. W Bostonie na pewno jego obecność nie wzmocni obrony, ale nie powinna znacząco jej osłabić.

Wielu zastanawiało się, czy Shaq jest w stanie zaakceptować mniejszą rolę i rozpoczynanie spotkań na ławce. Może w gorszej drużynie miałby aspiracje, by grać więcej. Jednak w Bostonie, otoczony innymi uznanymi zawodnikami, na pewno pogodzi się z tym, że nie jest już pierwszoplanową postacią. Już w zeszłym sezonie jego rola w Cavs była znacznie mniejsza niż jeszcze podczas gdy był zawodnikiem Suns. W Cleveland przesunął się na drugi plan, natomiast w nadchodzącym sezonie zostanie przesunięty jeszcze dalej. Ważna jest tutaj osoba Doca Riversa. Po pierwsze, potrafi on zapanować nad indywidualnościami i wkomponować ich do zespołu. Po drugie, Shaq ma szacunek do Riversa, docenia jego dokonania, dlatego będzie skłonny się podporządkować. Poza tym, trzeba pamiętać, że w Bostonie nie boją się trudnych zawodników, którzy swoim ego mogliby rozbić dobrą chemię ich zespołu. Nawet Marbury nie był elementem destrukcyjnym w Celtics. Dlatego można oczekiwać, że z Shaqiem, Rivers również sobie poradzi i dobrze wytłumaczy mu, jaką rolę ma odgrywać w drużynie.

Po pozyskaniu Shaqa, siła podkoszowa Celtics jest imponująca. Perkins, Garnett, dwójka O'Nealów, Davis, a także debiutujący Erden i Harangody. Jest w czym wybierać. Niestety, nawet przez połowę sezonu nieobecny będzie Perkins. Dlatego dopiero w drugiej połowie rozgrywek i w playoffs, Rivers będzie miał do dyspozycji wszystkich wysokich. Ale właśnie ze względu na kontuzję Perkinsa, potrzebowali oni głębi na pozycji środkowego. Teraz, póki Perk nie wróci, w pierwszej piątce będzie grał Jermaine, a jego zmiennikiem będzie Shaq. To daje drużynie z Bostonu pewność, że na piątce nie będą mieć problemów i nie będą musieli z niecierpliwością czekać na kolejne doniesienia o procesie rehabilitacji Perkinsa. Nawet kiedy wróci, będą mogli powoli wprowadzać go do gry, tak aby w pełni formy był na playoffs. Z tego właśnie powodu, Shaq nie musi się obawiać, że zabraknie dla niego minut gry. Kiedy Perkins wróci, będzie on trzecim środkowym i teoretycznie jego czas na parkiecie mógłby być śladowy. Jednak trzeba pamiętać, że zarówno Perkins jak i Garnett w minionym sezonie grali średnio krócej niż 30 minut na mecz. Dlatego, dla rezerwowych podkoszowych pozostaje sporo czasu. A mając duże możliwości rotacji, w nadchodzącym sezonie Rivers na pewno będzie dawał jeszcze więcej odpoczynku Garnettowi. Poza tym, KG, Jeramine i Shaq mają swoje lata i w ostatnich sezonach każdy z nich borykał się z problemami zdrowotnymi. Jest wręcz pewne, że każdy z nich opuści kilka spotkań, a wtedy pozostali będą grać więcej. W rezultacie, mimo że na pozycje podkoszowe Celtics mają aż tylu zawodników, wydaje się, że każdy z nich będzie miał okazję rozegrać swoje minuty.

Poza tym, nie można jeszcze wykluczyć, że na następny sezon wróci Wallace. Co prawda wszyscy oczekują, że przejdzie on na emeryturę, ale oficjalnie jeszcze się na to nie zdecydował. Jego decyzja o zakończeniu kariery jest związana z problemami zdrowotnymi, nie byłby już w stanie grać ponad 20 minut na mecz w kolejnym sezonie. Jednak w obecnej sytuacji byłby głębokim rezerwowym i mógłby spędzać na parkiecie znacznie mniej czasu. Przy okazji powalczyłby o swój drugi tytuł i dostał zapisane w kontrakcie ponad $6 milionów. Może się skusi, zobaczymy. Wtedy siła i głębia podkoszowa Celtics byłaby rzeczywiście niesamowita.
Pod względem liczby gwiazd, Celtics śmiało mogą konkurować z Heat. Obie drużyny mają w swoich składach po 6 zawodników, którzy wystąpili w All-Star Game. W Miami - James, Wade, Bosh, Ilgauskas, Magloire i Howard, w Bostonie - Garnett, Pierce, Allen, Shaq, Jermaine i Rondo (jeśli wróci Sheed, to C's nawet wyprzedzą Heat pod tym względem). Natomiast pod względem liczby powołań do Meczów Gwiazd, Celtics biją Heat na głowę. Ich 6 zawodników było wybieranych do ASG w sumie 52 razy, podczas gdy gracze Heat - 21 razy. Z jednej strony pokazuje to wiek zawodników Celtics. Z drugiej, nagromadzenie wielkich gwiazd. Przecież KG, Allen, Pierce i Shaq przez lata byli czołowymi zawodnikami ligi. Największymi gwiazdami. Jermaine przez kilka swoich najlepszych lat, zanim zaczął mieć problemy z kontuzjami, także był w ścisłej elicie. A teraz wszyscy grają w jednej drużynie. Gdyby połączyli siły kilka lat temu, Celtics byliby jeszcze większym zgromadzeniem gwiazd niż obecnie Heat. Natomiast w tym momencie, są to przede wszystkim wielkie gwiazdy przeszłości, każdy z nich ma już ponad 30 lat i z każdym sezonem coraz bardziej tracą swoją wielkość.

Mimo wielkich nazwisk, Celtics nie mają takiego potencjału jak Lakers, Heat czy Magic. W sezonie zasadniczym na pewne będą od nich gorsi. Ale ostatnie playoffs pokazały, że starzy Celtics są jeszcze w stanie powalczyć o tytuł. W najważniejszym momencie rozgrywek pokonali teoretycznie znacznie silniejszych Cavs i Magic, a z Lakers przegrali dopiero w siódmym meczu, po bardzo wyrównanej walce. W playoffs 2011 również będzie trzeba się z nimi liczyć, jeśli tylko ich najważniejsi zawodnicy będą zdrowi. A duża głębia pod koszem, może im wtedy tylko pomóc.

Na koniec, warto wspomnieć o jeszcze dwóch aspektach przeprowadzki O'Neala do Massachusetts:
- Rok temu Shaq i Jermaine zarabiali po $20 milionów (łącznie ponad $43). W najbliższym sezonie będą grać w Bostonie w sumie za nieco ponad $7 milionów.
- Obecność Shaq w Celtics sprawia, że mecz otwarcia z Heat będzie jeszcze ciekawszy. Zmierzy się on ze swoją byłą drużyną, z którą zdobył tytuł 4 lata temu, a także z LeBronem, z którym grał w minionym sezonie.

W Celtics, Shaq będzie grał z numerem 36.
(32 należał do McHale'a, 33 to oczywiście numer Birda, a z 34 gra Pierce)

środa, 4 sierpnia 2010

Airball spod kosza: Heat są naprawdę silni

Znamy już daty kilku najważniejszych spotkań przyszłego sezonu. Teraz największą atrakcją ligi będzie gwiazdorski zespół Heat, dlatego rozegrają oni spotkanie zarówno w dniu otwarcia, jak i w Boże Narodzenie. Drużyna z Miami rozpocznie sezon pojedynkiem z Celtics, czyli najlepszą ekipą wschodu minionych rozgrywek i Wielką Trójką, do której tercet Heat będzie porównywany. Natomiast w Święta podają do Los Angeles na mecz z obrońcami tytułu. To będą dwa bardzo ważne spotkania, które pokażą, jaka jest prawdziwa siła Heat. Czy rzeczywiście są oni w stanie zdominować NBA i pokonać również tych najsilniejszych.

Na papierze Heat są bardzo silni i to nie tylko ze względu na Jamesa, Wade'a i Bosha, ale też dlatego, że gwiazdy będą mieć odpowiednie wsparcie. Kiedy stworzono Wielką Trójkę, wszyscy zastanawiali się, kto poza nimi będzie grał w Miami. Robiąc miejsce dla trzech gwiazd, Pat Riley pozbył się właściwie wszystkich ze składu i musiał budować zespół od podstaw, a po wydaniu ogromnych pieniędzy, miał ograniczone możliwości finansowe. Ale w tym momencie po raz kolejny Riley pokazał, że świetnie zna się na swojej pracy i zebrał grupę bardzo dobrych zawodników.

Udonis Haslem, Mike Miller i Zydrunas Ilgauskas - to najważniejsi zwodnicy z otoczenia Wielkiej Trójki.

Ilgauskas będzie podstawowym środkowym Heat. Co prawda ma już 35 lat, ale nadal jest przydatny. Ma duże doświadczenie, swoje 221 centymetrów wzrostu i jest solidnym punktem pod koszem. Poza tym, trzeba pamiętać, że w minionych rozgrywkach nie został za bardzo wyeksploatowany i mógł zachować siły na kolejne lata. Grał znacznie mniej, średnio niecałe 21 minut na mecz, do tego miał miesięczną przerwę, kiedy został wytransferowany do Wizards.

Haslem będzie pierwszym zmiennikiem na pozycje cztery i pięć. Jest on typowym silnym skrzydłowym, ale już nie raz pokazał, że jako center też potrafi sobie poradzić, mimo że wzrostem przeważnie ustępuje swoim rywalom. Haslem  jest graczem, dla którego najważniejsze jest dobro drużyny i  po raz kolejny potwierdził w zeszłym sezonie. Pogodził się z przesunięciem na ławkę, mimo, że przez wcześniejsze 5 lat wszystkie mecze rozpoczynał w wyjściowej piątce. Był jednym z najlepszych rezerwowych w NBA, zdobywał średnio 9.9 punktów i zbierał 8.1 piłek. Tylko on mógł pochwalić się takimi osiągnięciami spośród zawodników, którzy ani razu nie pojawili się w pierwszej piątce. Właśnie takich zawodników potrzebują w Miami. Tutaj błyszczeć będą trzy gwiazdy, a pozostali mają im w tym pomagać. Haslem nadaje się do tego idealnie, dlatego Heat mogą się cieszyć, że postanowił zostać w Miami za mniejsze pieniądze. Poza tym, on już sprawdził się w tych najważniejszych meczach playoffs. W finałach 2006, razem z Posey'em skutecznie powstrzymywał Nowitzki'ego.
Miller w 2006 roku został uhonorowany nagrodą dla najlepszego rezerwowego, dlatego nie ma wątpliwości, że wie, jak pomóc swojej drużynie wschodząc z ławki. W Miami będzie przede wszystkim zmiennikiem dla Jamesa na trójkę, ale też będzie mógł grać jako dwójka zastępując Wade'a. Miller powinien być najlepszym strzelcem spośród zawodników otaczających Wielką Trójkę. W swojej dotychczasowej, 10-letniej karierze tylko raz miał średnią niższą od 10 punktów i w najbliższym sezonie zapewne ponownie osiągnie dwucyfrowy pułap. Najgroźniejszą bronią Millera są rzuty z dystansu, w minionym sezonie trafił za trzy ze skutecznością 48%, co jest jego rekordem w całej karierze.

Trzeba przyznać, że Riley postarał się, by Heat grozili celną trójką i to nie tylko przez zatrudnienie Millera. Wiadomo, że rzuty za trzy nie są silną stroną Wade'a, lepiej w tym elemencie radzi sobie Jamesa, ale to nie wystarczy. Drużyna chcąca walczyć o mistrzostwo, potrzebuje zawodników, którzy rozciągną obronę przeciwników rzutami zza łuku. Dlatego Heat pozyskali także Eddie House'a i zatrzymali Jamesa Jonesa. Skuteczność rzutów za trzy w karierze, w przypadku House'a wynosi 39%, a Jonesa - 39.5%. House jest sprawdzony zawodnikiem z mistrzowskim doświadczeniem. W finałach 2008 wystąpił w 4 meczach i trafił w nich 7 trójek. Natomiast w zeszłorocznych playoffs miał 2 świetne mecze, w których trafiał 4/4 za trzy. Było to w decydującym, siódmym spotkaniu pierwszej rundy z Bulls i w drugim meczu serii z Magic, kiedy zdobył 31 punktów i pomógł swojej drużynie wygrać, po porażce w meczu otwarcia. Na niego można liczyć w playoffs i to jest bardzo ważne dla Heat. Poza tym, może on grać zarówno jako strzelec na dwójce, ale też i jako rozgrywający. James przez ostatnie 2 sezony miał problemy zdrowotne i nie był istotnym zawodnikiem Heat. W nadchodzącym sezonie również nie należy oczekiwać, że odegra ważną rolę, ale taki zawodnik na ławce może się przydać. Kiedy sytuacja będzie tego wymagała, można go wystawić na parkiet, żeby zagroził rzutem z dystansu.
Na jedynce w pierwszej piątce Heat będzie grał najprawdopodobniej Mario Chalmers. Ostatnie rozgrywki w jego wykonaniu były znacznie gorsze niż debiutanckie, ale ma on dopiero 24 lata i najlepsze sezony jeszcze przed nim. Poza tym, nie będzie się od niego oczekiwać gry na miarę Rondo u boku Wielkiej Trójki w Bostonie. Grając z Wade'm i Jamesem, jego rola jako playmakera będzie bardzo ograniczona. Piłka przez większość czasu będzie w ich rękach, a Chalmers może być przydatny do rzutów z dystansu, jeśli uda mu się odzyskać skuteczność z debiutanckiego sezonu, kiedy trafił 37% trójek. Jednym z najważniejszych zadań Chalmersa będzie zatrzymywanie rozgrywających rywali. Jest on dobry defensorem, w swoim pierwszym sezonie przechwytywał średnio 2 piłki, rok temu 1.2. Natomiast jego zmiennikiem będzie Carlos Arroyo, czyli solidny rozgrywający z dużym doświadczeniem nie tylko na parkietach NBA, ale i w Europie.

Wróćmy jeszcze pod kosz. Bosh, Ilgauskas i Haslem - to nie wszystko, czym będą dysponować w Miami. Heat zatrzymali w składzie Joela Anthony'ego, który może okazać się bardzo dobrym zmiennikiem dla Big Z. Jest on skrajnym zadaniowcem, skoncentrowanym na defensywie i walce pod koszami. Poza tym, Heat mają jeszcze weteranów, Jamaala Magloire'a i Juwana Howarda. Pierwszy z nich już od dwóch lat gra na Florydzie, gdzie jest trzecim środkowym. Tak samo będzie i tym razem. Wchodząc na kilka minut w meczach, w których jest potrzebna większą rotacja pod koszem, Magloire potrafi być bardzo przydatny. Zwłaszcza jeśli chodzi o zbiórki. W minionym sezonie, grając średnio 10 minut zbierał 3.4 piłek, czyli 12.1 w przeliczeniu na 36 minut. Przed ostatnim sezonem, przez 2 lata podobną rolę pełnił Howard. Jednak gdy Blazers zabrakło wysokich, okazało się, że jest on jeszcze w stanie grać ponad 30 minut i odnotowywać po 10 zbiórek. W Heat to nie będzie potrzebne i tutaj wróci do roli głębokiego rezerwowego. Ale to co pokazał w Portland, daje Heat dobre zabezpieczenie w razie kontuzji któregoś z nich podstawowych podkoszowych.

Heat są bardzo silni, co do tego nie ma wątpliwości. Mają trzech wielkich gwiazdorów, dobrych zawodników, którzy będą ich wspierać i kilku przydatnych weteranów. Na papierze wszystko wygląda imponująco, teraz pozostaje tylko stworzyć z tych elementów dobrze działający zespół.