Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Magic-Hawks. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Magic-Hawks. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 maja 2010

game 4: Magic 98 - Hawks 84

Bohater meczu: Rashard Lewis
To był kolejny bardzo jednostronny mecz. Magic ponownie zagrali bardzo zespołowo, wszyscy spisywali się bardzo dobrze i właściwie żaden z zawodników gości szczególnie się nie wyróżniał. Trudno mówić o bohaterze spotkania, ale najlepszym graczem był Lewis. W drugim meczu z rzędu trafił 4 razy za trzy na 7 prób. Ostatecznie zdobył 17 punktów (60% z gry), zaliczył też 6 zbiórek i 5 asyst.

Decydujące elementy
rzuty za trzy: Magic 16/37 – Hawks 3/12
skuteczność z gry: Magic 55.4% - Hawks 40.5%

Mecz numer 4 nie różnił się niczym innym od trzech poprzednich, ponownie dominowali Magic i przez całe spotkanie utrzymywali znaczące prowadzenie. Czwarty jednostronny mecz, najbardziej jednostronnej serii w historii. Magic pokonywali Hawks średnio różnicą 25.3 punktów, co jest najwyższą przewagą w historii playoffs w 4-meczowej serii.

Wczoraj Magic aż 16 razy trafili za trzy, tym samym zza linii zdobyli aż 39 punktów więcej niż gospodarze. Poza Lewisem, 4 celne trójki mieli też Carter i Pietrus. Pierwszy z nich był pierwszym strzelcem swojej drużyny mając 22 punkty, natomiast Francuz wchodząc z ławki zaliczył 12. Nelson zakończył spotkanie z dorobkiem 17 punktów (64%) i 9 asyst. Howard rozegrał najgorszy mecz w tej serii, ale to zupełnie nie przeszkodziło Magic. Center gości zdobył 13 punktów trafiając wszystkie 5 rzutów z gry, zebrał 8 piłek, zablokował 4 rzuty, ale też popełnił 7 strat.

Gortat po raz drugi w tych playoffs grał tylko 8 minut. Ostatecznie miał 3 punkty trafiając rzut z gry i jeden z dwóch wolnych. Poza tym zebrał jedną piłkę, co jest jego najniższą liczbą zbiórek w tegorocznych playoffs.

Hawks po raz kolejny grali fatalnie i nawet przez chwilę nie nawiązali walki. Pozwolili Magic szybko uzyskać prowadzenie i utrzymać je do samego końca. Najlepszym zawodnikiem gospodarzy był Smith, który zanotował 16 punktów, 8 zbiórek i 3 asysty. Horford miał 13 punktów i 6 zbiórek. Natomiast Johnson i Crawford trafili tylko po 5 rzutów na 15 prób i mieli odpowiednio 14 i 18 punktów.

Najlepszą informacją dla Hawks jest to, że seria już się zakończyła i już więcej kompromitujących porażek nie odniosą w tym sezonie.

niedziela, 9 maja 2010

game 3: Magic 105 - Hawks 75

Bohater meczu: Rashard Lewis
Lewis rozpoczął serię z Hawks zdobywając tylko 9 punktów i jak dotąd jest to jedyny mecz w tych playoffs, w którym miał mniej niż 10 punktów. Ale już w dwóch następnych zdobył co najmniej 20. Wczoraj miał ich 22, z czego 15 w pierwszej połowie, kiedy trafił między innymi 3 z 4 rzutów za trzy. Skutecznie kończąc akcje z dystansu rozpoczął rozstrzeliwanie Hawks, które zakończyło się dla Magic kolejną łatwą wygraną. Ostatecznie miał 4 celne trójki na 7 prób, a jego skuteczność z gry wyniosła 61.5%.

Decydujące elementy:
rzuty za trzy: Magic 10/29 – Hawks 4/15
zbiórki: Magic 51 – Hawks 34
skuteczność z gry: Magic 50.7% - Hawks 34.9%

Przed własną publicznością Hawks mieli pokazać, że są w stanie zagrozić Magic. Mieli zagrać jeszcze lepiej niż w poprzednim meczu, ale tym razem czwarta kwarta miała należeć do nich. Jednak gospodarze nawet nie nawiązali walki i zakończyło się kolejną kompromitującą porażką. Może nie była tak dotkliwa jak w pierwszym spotkaniu (zamiast -43 było -30), ale ten mecz przecież rozgrywany był w Atlancie, gdzie Hawks przez cały sezon spisywali się bardzo dobrze. Tak jak w meczu numer 1, przez cały czas dominowali Magic utrzymując bardzo wysokie prowadzenie. Po pierwszej kwarcie gospodarze tracili 10 punktów, po drugiej 19, po trzeciej 24, po czwartej 30.

Hawks przegrywają już 0-3. W tych 3 meczach zdobyli łącznie aż 87 punktów mniej niż Magic. Totalna klęska. Teraz pozostało im już tylko bronić honoru i w czwartym meczu nie dać się tak rozbić, ale czy to możliwe?

Atak Hawks wyglądał okropnie. 75 punktów ze skutecznością 35%. Po raz kolejny fatalnie zagrał Johnson. Trafił ledwie 3 z 15 rzutów z gry, kończąc mecz z 8 punktami. W tej serii jego skuteczność z gry wynosi 28.6%, a warto przypomnieć, że playoffs rozpoczął od 4 spotkań ze zdobyczami ponad 20 punktów. Teraz wygląda to na bardzo odległą przeszłość. Problem z celnością miał również Horford. W poprzednim meczu był najlepszym zawodnikiem swojej drużyny, teraz zanotował 11 punktów ze skutecznością 38.5%, do tego dołożył 8 zbiórek. Smith miał double-double zaliczając 15 punktów i 11 zbiórek, ale z jego 17 rzutów tylko 7 wpadło do kosza. Jedynym zawodnikiem Hawks, który nie miał dużych problemów w ataku był Crawford. Miał 3 celne trójki na 5 prób i zdobył 22 punkty (46%). Jednak nie potrafił pociągnąć ataku gospodarzy.
Magic natomiast rozegrali kolejny fantastyczny mecz, zupełnie niszcząc swoich przeciwników. Ponownie świetnie działa ich ofensywa, rozstrzeliwali Hawks z dystansu, a do tego skutecznie bronili. Po raz trzeci pokazali swoją ogromną przewagę nad drużyną z Atalanty i realnie mogą myśleć o zakończeniu tej serii już w następnym meczu.

Howard pod koniec pierwsze kwarty złapał drugi faul i musiał opuścić boisko, ale później nie miał już problemów z przewinieniami i dominował w polu podkoszowym. Zaliczył drugie z rzędu double-double mając 21 punktów (6/8 z gry) i 16 zbiórek. Razem z Lewisem poprowadził Magic do tego łatwego zwycięstwa. Gościom nie przeszkodził nawet słaby występ Cartera, który zdobył tylko 7 punków. W sumie wszyscy zawodnicy Magic, którzy pojawili się na boisku, zdobyli punkty. Neslon miał ich 14, Pietrus 13, a Barnes 11.

Gortat spędził na parkiecie niecałe 10 minut. Niestety, mimo że spotkanie zostało szybko rozstrzygnięte, trener Van Gudny długo trzymał Howarda na parkiecie i dopiero na 2 minuty przed końcem center gości zszedł na ławkę. Marcin dobrze wykorzystał swoje minuty, prezentując świetną grę w obronie. Ostatecznie zdobył 2 punkty (1/2 z gry), zebrał 6 piłek i zaliczył jedną asystę.

piątek, 7 maja 2010

game 2: Magic 112 - Hawks 98

Bohater meczu: Vince Carter
W pierwszej połowie Carter właściwie nie istniał w ataku swojej drużyny. Spudłował 3 z 4 rzutów z gry i miał tylko 4 punkty. Natomiast w drugiej, poprowadził Magic do zwycięstwa. Przede wszystkim fantastycznie zagrał w czwartej kwarcie, kiedy trafił 4 z 5 rzutów i zdobył 11 punktów. Do niego należały pierwsze 4 punkty gospodarzy w tej części spotkania, a w trakcie decydującej serii 19-2 zdobył 5. Ostatecznie miał na swoim koncie 24 punkty (56.3%), z czego 20 zanotował w drugiej połowie (8/12 z gry). Do tego dołożył 7 zbiórek i 2 asysty.

Decydujące elementy
punkty z pomalowanego: Magic 44 – Hawks 30
czwarta kwarta: Magic wygrali ją 28-15
skuteczność z gry: Magic 55.9% - Hawks 41.3%

Howard fantastycznie rozpoczął to spotkanie prowadząc atak Magic w pierwszej kwarcie. Zdobył wtedy 18 punktów trafiając wszystkie 6 rzutów z gry, zebrał także 5 piłek. Hawks nie byli w stanie go zatrzymać, trener Woodson próbował Horforda, Pachulię, Collinsa i Morrisa, ale nikt z nich nie potrafił przeciwstawić się centrowi gospodarzy. Na samym początku drugiej kwarty Howard złapał drugi faul i usiadł na ławkę, Hawks wykorzystali jego nieobecność i objęli prowadzenie, dlatego szybko musiał wrócić. Po kilku minutach załapał kolejny faul i ponownie zszedł z boiska. W efekcie, w tej kwarcie dołożył tylko jeden punkt do swojego dorobku. Trzecia kwarta też nie zaczęła się dla niego najlepiej, ponieważ został uderzony w nos, a lecąca krew zmusiła go do udania się do szatni. Na szczęście dla Magic ich lider szybko wrócił i w dalszej części meczu nie miał już problemów. Co prawda nie był już tak skuteczny w ataku, dzięki dobrze działającej obronie Hawks, która odcinała go od piłek, ale odegrał ważną rolę w walce na tablicach. Mecz zakończył mając 29 punktów, trafił 8 z 9 rzutów z gry i 13 z 18 wolnych. Poza tym, zanotował 17 zbiórek.

Poza Howardem i Carterem jeszcze dwóch graczy gospodarzy zdobyło wczoraj co najmniej 20 punktów. Po raz pierwszy w historii w meczu playoffs, 4 zawodników Magic mogło pochwalić się takim osiągnięciem. Po 20 punktów, a także po 6 asyst zanotowali Nelson i Lewis. Mając taki atak, Magic po prostu nie mogli tego meczu przegrać.

Hawks po ostatniej kompromitującej porażce, odbudowali się i to był zupełnie inny mecz. Przez prawie całą drugą kwartę to oni mieli przewagę, w trzeciej prowadzili wyrównaną walkę i dopiero w czwartej nie potrafili zatrzymać fantastycznego ataku Magic. Seria 19-2, przesądziła o losach tego spotkania. Gospodarze zdobyli w tej kwarcie 28 punktów ze skutecznością 61.5%, w tym trafili 4 z 7 rzutów za trzy. Równocześnie Magic świetnie zagrali w obronie, niszcząc ofensywę drużyny z Atlanty. Hawks przez trzy pierwsze kwarty zdobywali co najmniej 26 punktów, a w czwartej zostali ograniczeni do zaledwie 15. Spudłowali wtedy 13 z 19 rzutów z gry, w tym wszystkie 4 za trzy. A to właśnie trójki pomogły im rozegrać dobrą pierwszą połowę, w tym czasie trafili 4 z 5, a Magic tylko 3 z 10. W drugiej połowie sytuacja się odwróciła, Hawks mieli tylko 2 celne rzuty z dystansu na 6 prób, a gospodarze 6 na 13.
W drużynie gości bardzo dobrze zagrał Horford. Kiedy w drugiej kwarcie nieobecny był Howard, to środkowy Hawks dominował pod koszami i zdobył wtedy aż 14 (5/6 z gry) ze swoich 24 punktów. To w dużej mierze dzięki niemu, drużyna gości wygrała tą kwartę 30-17. Jednak w dalszej części meczu Horford nie był już aż tak skuteczny. Ostatecznie zanotował 24 punkty (69%), 10 zbiórek i 2 bloki. Crawford, który poprzednio trafił tylko jeden z 11 rzutów, tym razem spisywał się znacznie lepiej i zdobył 23 punkty, choć nadal jego skuteczność nie była najwyższa - 39%. Trzeba również dodać, że zawiódł on w czwartej kwarcie, kiedy spudłował pierwsze 5 swoich rzutów z gry. Najlepszy strzelec Hawks, Johnson, miał 19 punktów trafiając tylko 31.2% rzutów, dodatkowo zaliczył 5 asysty. Natomiast Smith zanotował 18 punktów (40%) i 9 zbiórek, ale też popełnił 5 strat.

Jedynie na linii rzutów wolnych Hawks nie mieli problemów z celnością. Trafili pierwsze 27 wolnych, a ostatecznie na 31 prób wykorzystali aż 30. Przy ich skuteczności 96.8%, skuteczność 69.2% z linii Magic, wygląda kiepsko, ale oddali oni 8 rzutów więcej i w sumie zdobyli w ten sposób tylko 3 punkty mniej.

W tym meczu Hawks pokazali, że potrafią z Magic nawiązać walkę i nie będzie to tak jednostronna seria, jak mecz numer jeden. Jednak mimo lepszej gry, przegrali i jest już 0-2. Teraz muszą udowodnić, że przed własną publicznością potrafią zatrzymać drużynę z Orlando. Wiadomo, że na wyjazdach spisują się znacznie gorzej, u siebie są silniejsi. Jednak nie można zapominać, że Magic na obcych parkietach nie mają takich problemów jak oni, co pokazali chociażby w pierwszej rundzie w Charlotte. Dlatego Hawks bardzo trudno będzie wygrać, ale wczoraj potwierdzili, że nie są bez szans.

Dla Gortata był to najgorszy mecz w obecnych playoffs ponieważ na parkiecie spędził tylko 8 minut. Tym samym, po raz pierwszy grał krócej niż 19. W tym czasie Marcin zdążył zdobyć 2 punkty i zebrać 2 piłki, miał również przechwyt, ale też i 3 faule.

środa, 5 maja 2010

game 1: Magic 114 - Hawks 71

Bohater meczu: Dwight Howard
Pierwszy mecz z Hawks był dla Howarda pierwszym w tych playoffs, w którym nie miał problemów z faulami i w którym zanotował double-double. Center Magic mógł grać przez pierwsze 21 minut spotkania i w końcu nie musiał siadać na ławkę z powodu przewinień. Natomiast pod koniec trzeciej kwarty mógł zejść z boiska na dobre, ale tylko dlatego, że wynik był już przesądzony. Ostatecznie, tak samo jak w pierwszej rundzie, spędził na parkiecie w sumie mniej niż 30 minut, w tym czasie zdobył 21 punktów trafiając 8 z 10 rzutów z gry, zebrał 12 piłek i zablokował 5 rzutów.

Decydujące elementy
druga i trzecia kwarta: Magic wygrali tą część 60-21
skuteczność z gry: Magic 52.4% - Hawks 34.6%
zbiórki: Magic 53 – Hawks 35

Rozpoczął się pojedynek drużyn, które rozegrały najkrótszą i najdłuższą serię w pierwszej rundzie. Magic zanim przystąpili do tego meczu odpoczywali 8 dni, podczas gdy Hawks mieli tylko jeden dzień wolny. W efekcie, byliśmy świadkami najbardziej jednostronnego spotkania tych playoffs.

Jeszcze w pierwszej kwarcie mecz był wyrównany, ale już chwilę po rozpoczęciu drugiej, gospodarze odnotowali serię 17-0. Pierwszą połowę zakończyli z przewagą 20 punktów, a przed czwartą kwartę powiększyli ją do 41. Magic mieli wtedy 85 punktów, prawie dwukrotnie więcej niż ich przeciwnicy (44). Przez te dwie środkowe kwarty gospodarze zdobyli 60 punktów ze skutecznością 57%, natomiast goście zanotowali zaledwie 21 trafiając tylko 9 z 37 rzutów z gry. W czwartej kwarcie rezerwowi Hawks wykorzystali rozluźnienie zmienników Magic i zdobyli aż 27 punktów, ale mimo to gospodarze jeszcze powiększyli swoje prowadzenie i zakończyli mecz mając 43 punkty więcej. To był prawdziwy pogrom.

Drugim strzelcem Magic był Carter, zdobył 20 punktów (44% z gry). O jeden punkt mniej miał Nelson, który trafił 8 z 12 rzutów z gry, w tym 3 z 5 za trzy. Poza nimi jeszcze Redick zanotował dwucyfrowy dorobek punktów (10). Na boisku wczoraj pojawili się wszyscy zawodnicy Magic i cała dwunastka zdobyła punkty.
Gortat bardzo długo czekał na swoje wejście do gry. W serii z Bobcats pojawiał się na boisku już w pierwszej kwarcie, a wczoraj dopiero pod koniec drugiej. Jednak szybko rozstrzygnięte spotkanie pozwoliło mu grać całą czwartą kwartę i w sumie na parkiecie spędził 19 minut. W tym czasie zdobył najwięcej w tych playoffs 9 punktów, trafiając 4 z 6 rzutów z gry. Na swoim koncie miał również 6 zbiórek (3 w ataku) i 2 asysty.

O zawodnikach Hawks trudno napisać coś pozytywnego. Rozegrali fatalny mecz, zostali zniszczeni przez drużynę z Orlando i mają tylko czas do czwartku na odbudowanie się, by mecz numer 2 nie wyglądał tak samo. Trzech zawodników gości zdobyło co najmniej 10 punktów. Smith miał 14 (50% z gry), Johnson 10 (36.4% z gry, 0/4 za trzy), a Pachulia 12 (50%). Johnson zaliczył także 7 zbiórek, ale i 5 strat. Horford trafił tylko jeden z 7 rzutów, Bibby 1 z 5, ale ich osiągnięcie i tak są dalekie od Crawforda, który spudłował aż 10 z 11 rzutów z gry. Mecz zakończył mając 5 punktów i 3 straty.